Wiatr rzucał ziarnami piasku z siłą karabinu. Uderzając w twarz powodowały ból, mimo grubego ubrania od uderzeń bolało go ciało. Zasłonił ręką oczy, spojrzał na kompas, kierunek dobry. – Godzina? – 12:34 czyli jeszcze około godzina drogi, choć w tych warunkach może się wydłużyć. Szedł brnąc w piasku, niczym w śniegu, miękkim, wszechobecnym. Wtem dostrzegł jakby cień. Zjawę, by po chwili zobaczyć dwa słabe światła. Padł na ziemię, z karabinu zdjął ochronny materiał i czekał. W tej chwili wiatr przestał przeszkadzać, jedyne co słyszał to bicie własnego serca. Wsłuchał się w dźwięk silnika, nic zaskakującego, Toyota Hylux, klasyk tych rejonów. Ale co tu robi, na środku Sahary w czasie burzy piaskowej?
Samochód zatrzymał się pięćdziesiąt metrów od niego, ledwo słyszalny w tych warunkach dźwięk odcinał się od buczenia wiatru. – Pułkowniku! To Pan?
– Fuck – przez jego głowę przetoczyły się różne możliwości, musieli mieć podczerwień. Oby nie byli idiotami śledzącymi go dronem. Czekał, patrzył przez kolimator, widział sylwetkę, nie widział broni. W końcu powoli wstał, celując cały czas podszedł do samochodu. Trzy osoby, podnieśli lekko ręce w łokciach do góry. Jeden lokalny, muskularny czarnoskóry, chyba żołnierz, drugi arab albo hindus, raczej dobrze zbudowany hindus i trzeci w typie Europejczyka. Otworzyli drzwi i zaprosili go do środka.
– Jestem Marcel Rousseau – przedstawił się francuz, rozmawialiśmy.
– Tak, głos poznaję, był pan dobrze ucharakteryzowany w Gdańsku, a Panowie? – Zapytał Andrzej, pułkownik wojska polskiego w stanie spoczynku.
– Kwame Diallo z Senegalu – podał rękę Andrzejowi, wymienili mocny uścisk.
– Arjun Patel, cyber wojska Republiki Indyjskiej – powiedział ostatni z nich i miło się ukłonił.
– Dobrze, ruszajmy, miło że wpadliście, ale macie pewność, że nas właśnie nie oglądają? – Andrzej nie do końca wierzył w nowych towarzyszy, patrzył przez okno, ale burza była tak mocna, iż niewiele było widać.
Senegalczyk uśmiechnął się szeroko – nie ma szans, takich wozów są tu tysiące, nie mamy żadnych sprzętów elektronicznych, tutaj nie ma zasięgu telefonii, tylko satelitarna.
Jechali dwadzieścia minut, aż wiatr nagle zniknął, odcięty stoickim spokojem otaczających gór. Teraz pędzili starą deltą rzeki jaka płynęła tędy dziesiątki tysięcy lat temu a otaczały ich wzniesienia rdzawo czerwone i pomarańczowo szare skały. Kierowali się z północy przy Ouadi Kika by potem labiryntem odgałęzień skierować się w kierunku krateru Gweni-Fada. Tam w jego sercu było wejście do kompleksu głęboko położonych jaskiń. Miejsce było tajne, ciche, nieznane, nawet lokalnym mieszkańcom, chodź w tym rejonie Czadu ich prawie nie ma. Samochód zatrzymał się pod półką skalną, osłonięty przed oczyma wszelkiej maści dronów. Gdy wyszli, przywitało ich kilka osób o różnych odcieniach skóry. Andrzej “Dzik” Nowak nie mógł się dopatrzyć żadnej reguły. Buli tu Azjaci, Afrykanie, Europejczycy, Arabowie. Wszyscy.
Każdy miał broń i nikt nie zwracał uwagi na jego Grota II przewieszonego przez ramię. prawa ręka Andrzeja spoczywała na nim lekko, ale gotowa była do natychmiastowej akcji.
– Dzień dobry – przywitał się, ale nikt nie zwracał na nich uwagi. Wydało mu się to dziwne. Weszli do jaskiń, samo wejście było ukryte przez naturę lepiej, niż mógłby to wymyślić człowiek. Kierowali się prosto na masyw, nad nimi była duża półka skalna tworząca coś w rodzaju mostu, a pod nią jedne z niewielu tutaj oraz, kompleks kilkudziesięciu drzew i mały zbiornik wodny. Dopiero idąc, zobaczył, że zaraz za nim droga skalna skręca lekko w dół, czego zupełnie nie było widać, ukryta w wiecznym cieniu jaskinia witała podróżnych mrokiem. “Dzik” szedł i liczył spotkane osoby, szli we trzech, w dół, w głąb ciemności, która po chwili została rozświetlona ustawionymi lampami. Po kilku minutach marszu dotarli do sporej przestrzeni. Zdziwiony stwierdził, że wyglądało to jak sala konferencyjna. ustawione krzesła, spory ekran, projektowy, lampy, tylko to otoczenie – totalnie absurdalne uczucie.
– Przyjechał nasz ostatni gość – powiedział typ z pod ekranu – proszę, zacznijcie zajmować miejsca. Coś tu nie gra – pomyślał Andrzej. Jakiś czas temu zaczął publikować na blogu wpisy przeciwko przybyszom. Udzielał się na licznych grupach, brał udział w pikietach, formalnie odszedł z wojska, i wtedy nawiązali z nim kontakt. Teraz widział tu już nie anonimowych ludzi, z różnych miejsc, do krzeseł zaczęli podchodzić ludzie z pierwszych stron politycznych gazet całego świata. Widział premierów i prezydentów. Ministrów, i kilku znanych mu generałów z NATO.
– Cześć – spojrzał w lewo, to był generał John Davies, US ARMY. Znali się bardzo dobrze. – Witaj – odpowiedział.
– Nie tego się spodziewałeś? – Zapytał amerykanin.
– Szczerze? Ja spodziewałem najpierw bandy szurów, wiesz płaskoziemców i takich podobnych, widząc cię to miła niespodzianka. skinęli sobie głowami, i poszli usiąść.
Gdy wszystkie krzesła były już zajęte, zaproszono Francuza z którym jechał Andrzej, okazał się fizykiem, a nie żołnierzem.
– Witam Państwa, stałych bywalców naszych spotkań i nowo przybyłych. Chciałbym powiedzieć o naszych odkryciach. Otóż, promienie, które niszczyły rosyjskie jednostki to coś w rodzaju broni cząsteczkowej, lasera, który nie emituje tylko fotonów, ale strumień cząstek, nad-jonizowanych. Plazma rozpędzona do prędkości prawie światła, dodatkowo strumień promieniowania gamma. Tak to można w skrócie nazwać, ukierunkowana emisja wysokoenergetycznego promieniowania gamma. Ilość energii jaka byłaby potrzebna wykracza poza nasze pojmowanie. To tak, jakby duża elektrownia atomowa pracowała całą dobę, a ta energia została emitowana w sekundę. Z tym, że tu mamy ciągłą emisję, te promienie nie znikały przecież po sekundzie. według obliczeń to była moc około czterdziestu teradżuli na sekundę.
Szmer przeszedł po sali.
– Antymateria? – ktoś się zaśmiał nerwowo. – To science fiction.
– Była – poprawił Francuz. – Dla nas. My produkujemy od niedawna gramy rocznie. Oni używają jej jako paliwa. Kilogramy. Może tony.
– To niemożliwe – powiedział Arjun, ale jego głos był niepewny. – Produkcja, magazynowanie… koszty…
– Dla nas niemożliwe – przerwał Rousseau. – Dla nich to standard. Jeden gram antymaterii, zanihilowany z gramem materii, uwalnia energię bomby atomowej. Czterdzieści trzy kilotony. Z dwóch gramów paliwa.
Zapadła cisza.
– My jesteśmy jak… – zaczął ktoś. – Jak kamienny topór wobec bomby atomowej – dokończył Andrzej gorzko. – Nie, gorzej. Jak pięść wobec gwiazdy.
– Pytanie najważniejsze – wszyscy spojrzeli na tęgiego, łysego Japończyka – Czy to są ludzie. Czy udało się cokolwiek ustalić. To miało być dziś wiadomo. to że nas wyprzedzają w każdym calu to my wiemy. Pytanie jest czy to ludzie, i jakie mają prawdziwe zamiary.
– Panie prezydencie – francuz odpowiadał – nie da się stwierdzić czy to ludzie. Przetrwali wszystkie zamachy, zawsze byli przed nami. Nie udało nam się pozyskać choć miligrama materiału DNA. za to zginęło sporo ludzi pobocznych. Ale, mamy doskonale udokumentowane szczegóły ostatniego zamachu. Mamy nagrania i właśnie chciałem do nich przejść.
Na ekranie ukazał się film.
Scena pokazywała ulicę, film był kręcony z drugiego, może trzeciego piętra. nieduża uliczka, po każdej stronie parkingi dla rowerów i ogródki kawiarniane. Andrzej rozpoznał „Witte de Withstraat” w Rotterdamie. w tle widać było mały park i stary kościół protestancki. Ulicą szło troje przybyszów, w szarych, przylegających mundurach w obstawie pięciu żołnierzy w pancerzach. Obok nich delegacja Holenderska, ichni jak to przybysze nazwali ambasador. W pewnym momencie tłum zaczął krzyczeć, i biegać, widać było wzrost napięcia, i nagle, z kilku stron w stronę przybyszów powędrowały strumienie dymu. Pociski rakietowe, jak Andrzej ocenił chyba Javelin, szybko dosięgły celów. Chwilę nic nie było widać, kurz opadł, dym przewiało, i zobaczyli leżące na około zwłoki ludzi, ale przybysze stali tam, jak gdyby nigdy nic. Dostrzegł, że jedna z przybyszek, kobieta około trzydziestu lat, była przerażona, stała z otwartymi ustami. Zdziwiona i nie rozumiejąca co się dzieje.
– Jak widzieliście, atak nie zrobił na nich żadnego wrażenia. W zwolnionym tempie spójrzcie tutaj – wskazał część ekranu, obraz znów ruszył, wybuch, widać falę uderzeniową, która na około przybyszów rozchodzi się półkolem.
– Mają jakieś osłony, każdy z osobna. My tego nie widzimy, ale są nietykalni jak na razie.
– Widzimy ich – powiedziała kobieta z sali.
– Tak, i ? – zapytał Japończyk
– Światło do nich dociera i się odbija, trzeba użyć lasera – skończyła.
– No dobrze, ale jeśli to nie są naprawdę wrogowie? – zapytał z sali biały mężczyzna z wąsem w kapeluszu.
– Przyjaciel, który chce mnie zniewolić, jest moim wrogiem – powiedział twardo “DZIK”. Rozejrzał się po sali, podszedł do dotychczasowego konferansjera i zabrał mu mikrofon. – Czy to jest kółko niedzielne? – znów rozejrzał się po sali. – Dopiero miałem z wami walczyć – wskazał na rosyjskiego polityka, rozpoznał go bo kiedyś dawno temu się poznali na wódce – Chcieliście nas zniszczyć. – Rosjanin zaczął się pocić, potarł rękawem czoło. – Ale teraz mamy moim zdaniem innego wroga. My wszyscy, cały świat! – Krzyknął równocześnie wskazując palcem wszystkich na sali.
Opuścił głowę, na moment opuścił rękę z mikrofonem. Dał chwilę na okrzepnięcie myśli tych, którzy na niego patrzyli. – Porwiemy jednego z nich – powiedział w końcu – jeszcze nie wiem jak, ale, … – pauza – mam tam kogoś.
To było dla wszystkich zaskoczenie. Podniosła się wrzawa, brawa przetoczyły się po sali.
– Masz z tą osobą kontakt? Jak? – Zapytał ktoś. – Kto to jest? – Jak się kontaktujecie? – co wiesz? – pytania przetoczyły się po wszystkich rzędach.
– Nie, oczywiście, że nie mamy kontaktu, czekam. Czekam cierpliwie. Czekam na właściwy moment, mój kontakt znajdzie sposób, jestem pewien. Wy, tymi głupimi atakami tylko zwrócicie na siebie uwagę, już wiemy, że nic na razie nie wskóramy.
– Żartujesz? – zerwał się jakiś amerykański żołnierz w randze pułkownika, – my walczymy od kilku miesięcy. Nie mam zamiaru się poddać.
– Usiądź człowieku – “Dzisk” odpowiedział takim tonem, że tamten, mimo iż równy stopniem usiadł. – Jestem Polakiem, już by dawno Polski nie było, gdybyśmy nie umieli czekać. – Spojrzał w stronę gdzie siedzieli Niemcy i Rosjanie. – Nie uciekamy, tylko czekamy na właściwy moment.
***
Uczucie było dziwne, to był jej już n-ty lot, ale nie mogła przywyknąć do braku odczuwania przyspieszeń. Pędziła w tej chwili z prędkością dwa tysiące kilometrów na godzinę względem powierzchni, pod sobą właśnie mijała górę Moons Bradley, za plecami został mały krater Conon. Kierowała się w stronę dużo większego krateru Archimedes. Srebrzysta powierzchnia księżyca szybko się przesuwała, już mijała wąwóz Rima Bradley, powiedziała skrzydłowym aby się odsunęli, zrobili to natychmiast.
Chciała zabawy, zrobiła beczkę, korkociąg, przed kraterem podniosła dziób by po chwili ostro pikować i w ostatniej chwili wyrównać lot. – Trening walki – powiedziała i nagle usłyszała sygnał ukazujący zagrożenie. Lecące za nią drony już nie były skrzydłowymi. Czerwona otoczka pojawiła się naokoło nich, dane taktyczne wprost w jej polu widzenia. Hamulec, zwrot, beczka i ma jednego z przeciwników przed sobą, strzał, zdążył się uchylić, strumień energii minął kadłub, Goniła go ale widziała co robi drugi, wykonał zwrot, próbował wejść na trajektorię przecięcia, odbiła w bok, szybko włączyła kotwicę grawitacyjną, stanęła prawie w miejscu, wzbudzając z powierzchni księżyca słup piasku i kurzu niczym srebrzystą trąbę powietrzną. Przeciwnik wpadł prosto w nią, strzał, połowa kadłuba odparowała, zwrot, przyspieszenie, w jednej chwili już miała sto tysięcy kilometrów na godzinę, zwrot, wróg z przodu, strumienie śmierci przecięły przestrzeń obok niej, oddała strzał celnie.
– Nie szkoda tych maszyn do takich ćwiczeń? – zapytała
– Nie, już się budują nowe, po to są. Dobrze, że cię nie trafił. – odpowiedziała Warszawa.
– To nie broń treningowa? – aż Irenę przytkało.
– Przecież ich zniszczyłaś, prawda?
– O ja pierdole – pomyślała – No dobra, wracam.
– Nie wracaj – usłyszała teraz głos Evy – Latasz lepiej niż nasi piloci.
– Lata lepiej niż AI – dopowiedziała Warszawa.
– Jak to możliwe? Powiem więcej, to absurdalne. Macie dostęp do całej wiedzy ziemi, i wy jesteście, jako AI bardziej rozwinięte niż ludzie, więc jak mogę być lepszym pilotem? – Nagle coś przyszło jej do głowy – Zaraz, to nie tylko ja się tutaj uczę, Warszawo, ty też!
Usłyszała szczery śmiech głosu maszyny – Tak, rozgryzłaś mnie, dokładnie tak jest. Naprawdę, po tej strasznej wojnie, ludzkość została genetycznie wykastrowana z agresji. A ona jest potrzebna do walki, choćby kontrolowana. W mojej naturze, też nie ma agresji. Wojna z obcymi to był mus, a nie wybór. W tej chwili uczysz pacyfistów, jak z powrotem być ludźmi.
– Dobrze już, Irena, zadanie masz już w komputerze pokładowym. Będziesz eskortować holownik do planetoidy Apophis. – Irena wzruszyła ramionami, kompletny bezsens. Była żołnierzem, wykonywała rozkazy, ale po co cokolwiek eskortować w układzie słonecznym, skoro nie ma tu żadnych zagrożeń? – OK – powiedziała.
Spojrzała na przyrządy, bardziej z przyzwyczajenia, dane które potrzebowała i o których pomyślała pojawiały się natychmiast w polu widzenia. Gorzej, niektóre z danych pojawiały się w jej głowie wprost, włączając się w jej myśli. Czuła się z tym bardzo niekomfortowo, – Czy słyszą też moje myśli? Głupie pytanie, słyszą bo wydaje myślami rozkazy. – Maszyna reagowała wprost, jakby była częścią ciała, jakby myśliwiec był kolejnymi nogami i rękoma.
– Warszawo? – Pomyślała. Cisza. – Wiem że mnie słyszysz – tym razem powiedziała.
– Do kogo mówisz? – Usłyszała równocześnie dwa głosy, Warszawy ale i mniej ludzki, prostszy głos. Mniej emocjonalny.
– Słyszeliście przecież, słyszycie moje myśli.
– Tylko ja – powiedział w jej głowie ten drugi głos. – Mil-102 numer boczny osiemset dziewięćdziesiąt.
– Do tej pory się nie odzywałeś, jesteś AI myśliwca? Jesteś myśliwcem? – pomyślała znowu.
– W tej chwili jesteśmy nim oboje, współpracujemy. Jesteśmy jednością.
Przeszedł nią dreszcz, mimo tylu juz lotów szkoleniowych teraz dopiero zaczęła czuć maszynę, dosłownie, najpierw sterowała normalnie wolantem, dopiero dwa loty temu zaczęła myślami, najpierw skupiała się, by wreszcie poczuć maszynę, tak jak się czuje rękę czy nogę.
– Na czym to polega? To znaczy miałam szkolenie, – rozmawiali już tylko w myślach – nasze mózgi musiały się zsynchronizować a to trwa.
– Tak, wy ludzie z XXI wieku łapiecie to o wiele szybciej niż ludzie z przyszłości. Przez wieki modyfikacji genetycznych i ograniczania pewnych cech niepożądanych zatracili więcej, nie mają zupełnie czegoś takiego jak intuicja, ich mózgi są prostsze od waszych w niektórych miejscach a w innych bardziej rozwinięte, tu zdecydowanie przodujecie, a nasza współpraca, moja i twoja powoduje, że oboje stajemy się silniejsi. Dlatego lecimy, nawiązaliśmy połączenie i się ustabilizowało, teraz aby było trwałe musimy być połączeni non stop co najmniej kilkadziesiąt godzin, wykorzystamy eskortę ten czas eskortowania w tym celu.
– Ah, to już rozumiem skąd ta koncepcja.
– Tak, myślałaś, że eskorta czegokolwiek w układzie słonecznym jest bez sensu, otóż nie.
– OK, leć do checkpointu – pomyślała i zdjęła chełm.
– Kieruję się na miejsce, spotkamy się z holownikiem za cztery godziny. – Usłyszała w głowie mimo braku kasku.
– Co cholera? – tym razem powiedziała. – Bez kasku to działa?
– Dałaś sobie zrobić operację, by zostać pilotem, przypominam. – Tym razem głośno odpowiedziała Warszawa.
– Oczy, miałam dostać nowe oczy!
– A oczy z czym są bezpośrednio połączone? – Zapytała tym razem Eva. – Nie bądź dzieckiem. Oczy to nie tylko oczy, to cały mechanizm łączności twojego mózgu z otoczeniem.
– Kurwa – rzuciła Irena, odpięła się z fotela. – Muszę się rozprostować.
Myśliwiec kosmiczny znacząco różnił się od tego co na ziemi można było określić tym mianem. Kabina mocno oszklona jak przód bombowca w II wojny światowej, tudzież wieżyczka strzelca w tymże, fotel pilota otoczony panelami sterującymi, a za nim zaraz usytuowany drugi, całość na przesuwanym trapie, tak, że pilot wisi prawie w powietrzu. Cały trap na rozkaz Ireny cofnał się do tył, tak, że mogła wyjść do umieszonego odrobinę niżej pomieszczenia mieszkalnego czy też desantowego. Tak faktycznie wyglądało to bardziej jak wnętrze kampera. kanapa, koje do spania, mini kuchnia, łazienka malutka. Wszak myśliwiec kosmiczny dalekiego zasięgu musi być miejscem, gdzie pilot może awaryjnie spędzić całe tygodnie. Irena zeszła więc do tego pomieszczenia, gdy w tym czasie maszyna kontynuowała lot. Napęd metryczny rozpędził szybko statek do 1.5% prędkości światła, około 4200 kilometrów na sekundę, zakrzywiając lokalną metrykę czasoprzestrzeni. “Jastrząb” wykorzystała ten moment na szybką drzemkę.
