– Dzień dobry panie profesorze. – Andrzej ukłonił się i podał dłoń na przywitanie starszemu mężczyźnie o bujnej czuprynie.
– Dzień dobry panie Andrzeju. Miło Pana widzieć, co słychać? – Profesor Franciszek Draszkiewicz znał Andrzeja z czasów, gdy ten był studentem pierwszego roku fizyki, później wybrał zupełnie inną ścieżkę, wstąpił do wojska, najpierw wojska specjalnie, potem szkoła lotnicza w dęblinie, pilot Fa-50, potem F-16 i w końcu F-35. Dziś już emeryt wojskowy w sile wieku, stale utrzymywał kontakt z profesorem, rozmawiali o nauce, czytał prace profesora, ten był na jego ślubie, ale dziś Andrzej przyszedł po coś konkretnego.
– Myślałem ostatnio o Panu, porozmawiać chciałem, możemy?
– Ależ zapraszam – starszy pan skinął głową, zapraszając Andrzeja do środka budynku, gdzie mieścił się największy w polsce teleskop. – Jak się tu dostałeś?
– Konno – uśmiechnął się Andrzej i wskazał na przypiętego w pobliżu do stojaka na rowery śniadego ogiera.
– Ahh, piękny! – profesor wyszedł na zewnątrz i podszedł do konia. – Dobry konik, śliczny, podniósł rękę i pogłaskał go po poliku. – Kiedyś jeździłem, niestety te lata już za mną. – Wrócił do Andrzeja ale co chwile się odwracał i uśmiechał do zwierzęcia. – Choć do środka, zimno dziś. I już późno, mogłeś zadzwonić.
– Staram się nie nadużywać telefonów, ta cała sprawa – wskazał ręką na niebo – wiem pan, nauka jak magia, spowodowała, że zachciało mi się natury. Kupiłem dom nad jeziorem, a że mam dużo czasu to i pomyślałem, że może by na fizykę wrócić. Wiem, że minęło dwadzieścia lat, ale …
– Andrzej, świetnie, ile ty masz lat?
– Czterdzieści sześć..
– Ah młody człowieku. Jak ma Ci się nudzić na wojskowej emeryturze to możesz wrócić na studia, oczywiście. Pogadajmy o tym, oczywiście.
– Wie Pan, ich przybycie, korci mnie zrozumieć jak to się stało.
– Nie Pan jeden, koledzy roztrząsają teraz dawno zapomniane, albo odrzucone rożne dziwne teorie, i próbują dopasować do tego co widzimy. O choćmy do teleskopu, zobaczysz – profesor się uśmiechnął.
W pokoju kontrolnym teleskopu, profesor poprosił andrzeja by usiadł przy komputerze – spójrz – wskazał jeden z monitorów – tu mamy obraz gwiazdy HD164595. Od tego wydarzenia w ONZ wszelkie ziemskie obserwatoria skupiły się na tej gwieździe i potwierdzam zdecydowanie. Jest tam układ planetarny. A spójrz tu – wskazał inny, i coś przełączył na klawiaturze – NASA udostępniła całą komunikację z LRO i Hubblem na żywo.
– LRO to ta sonda nad księżycem? – zapytał Andrzej, troszkę udając, że nie wie.
– Tak dokładnie, mamy masę zdjęć statków kosmicznych, i tych budowli które powstają na księżycu.
– Oni tego nie zablokowali? Pozwalają nam się oglądać?
– A czemu by mieli nie pozwalać? Uczą nas, w tej chwili jest tam dwóch moich doktorantów.
Andrzej patrzył na te obrazy, nie wiedział co może mówić, a czego nie, ale był pewien, że są cały czas monitorowani. Musiał zachować wszelkie pozory. Nie wzbudzać żadnych podejrzeń. Prowadził agresywnego bloga, atakującego działania przybyszów, nie może teraz udawać przyjaciela gości, a może już właścicieli…
– Panie profesorze, szczerze zapytam, jaką mamy pewność, że to są ludzie?
Profesor popatrzył poważnym wzrokiem na Andrzeja. Powolnym krokiem podszedł do okna, chwilę patrzył w górę. Potem chwilę patrzył na zdjęcia z orbity księzyca. Rozejrzał się po pokoju.
– Nie mamy – odpowiedział cicho. – Ale uczą naszych ludzi swojej wiedzy, to się dzieje właśnie teraz. Zakończyli wojny na naszej planecie. Więc powiedz mi Andrzej, czy to ważne, czy są ludźmi czy nie?
Andrzej opadł na fotel. – Co Pan mówi? – spytał.
– Jak to co mówię? Świat dziś jest lepszy niż wczoraj, czy nie? – zapytał profesor.
– Ale skąd Pan wie, że ruscy faktycznie użyli by atomu? Oni kategorycznie przeczą. Zresztą, nawet jeśli w ich świecie to się stało, to jak to się ma do naszego? Czym jest podróż w czasie? Oni nie są chyba w tym miejscu, w którym był ich świat. O tym chciałem z Panem porozmawiać, Profesorze.
Profesor znów zamilkł na chwilę. Podszedł do swojego biurka, wziął do ręki kubek ze słabą kawą. Wziął łyka i zwrócił się do Andrzeja.
– Czas, Andrzej… – zaczął cicho, nie odrywając wzroku od parującej herbaty. – Przez trzysta lat wmawialiśmy sobie i studentom bajkę o wielkim zegarze Newtona. Że gdzieś w próżni bije uniwersalne wahadło, jednostajne, równe dla ciebie, dla mnie i dla galaktyki Andromedy. Potem, jak wiesz, przyszedł Einstein i powiedział: zaraz, masa i energia zakrzywiają tę przestrzeń, czas jest elastyczny, płynie inaczej na orbicie, inaczej w rowie oceanicznym, a pojęcie absolutnej jednoczesności to bzdura. Ale to wciąż była wersja gładka, elegancka. Tkanina, którą można wyginać.
Odwrócił się gwałtownie do Andrzeja. W jego oczach zapalił się ten sam ogień, który pułkownik pamiętał z wykładów na pierwszym roku.
– Prawdziwy problem zaczął się, kiedy spróbowaliśmy ożenić Einsteina z mechaniką kwantową. Słyszałeś o równaniu Wheelera-DeWitta? Zapisujesz stan kwantowy całego wszechświata, patrzysz na symbole i nagle zdajesz sobie sprawę z czegoś przerażającego, po stronie operatora czasu jest zero. Zmienna t po prostu znika. Na najbardziej fundamentalnym poziomie kwantowym czas nie istnieje. Nie ma przeszłości, nie ma przyszłości, nie ma tykania. Wszystko po prostu jest. Gigantyczna, statyczna sieć relacji i splątań.
– To dlaczego się starzejemy? – mruknął Andrzej. – Dlaczego herbata ci stygnie?
– Z tego samego powodu, dla którego czujesz ciepło – odparł natychmiast Draszkiewicz, podchodząc do tablicy i kreśląc na niej flamastrem pojedynczą, grubą poziomą linię. – Pojedynczy atom nie ma temperatury. Ma tylko pęd i masę. Temperatura rodzi się dopiero wtedy, gdy masz miliardy cząstek i patrzysz na nie z makroskopowej niewiedzy, jako na statystyczny chaos. Czas to iluzja emergentna, Andrzej. Wynika wyłącznie z termodynamiki i entropii. Ponieważ nasz mózg nie jest w stanie śledzić stanu każdego kwantu w kosmosie, rejestrujemy tylko rozpad, wzrost nieporządku. I ten wzrost nazywamy “upływem czasu”.
Profesor zawiesił pisak w powietrzu, odwrócił się przez ramię i spojrzał na wyświetlacz, na którym wciąż widniały zdjęcia gigantycznych konstrukcji wznoszonych na Księżycu.
– I tu dochodzimy do tego, co ich obecność mówi nam o prawach fizyki. Bo ich przybycie rozstrzygnęło spór, o który darliśmy koty przez ostatnie pół wieku.
– Mianowicie? – Andrzej zmrużył oczy.
– Gdyby czas był pojedynczą, zdeterminowaną nitką – profesor stuknął w narysowaną linię – podróż wstecz musiałaby podlegać zasadzie samospójności Nowikowa. Wszechświat za wszelką cenę chroniłby przyczynowość. Znasz to, cokolwiek zrobisz w przeszłości, okazuje się, że właśnie to doprowadziło do twojej przyszłości. Gdyby tak było, ich pojawienie się sto milionów kilometrów stąd musiałoby w jakiś przewrotny sposób sprowokować Rosjan do wystrzelenia głowic. Wojna musiałaby wybuchnąć, bo to ta wojna stworzyła ich flotę i ich historię.
Draszkiewicz rzucił flamaster na krawędź tablicy. Odgłos uderzenia brzmiał w ciszy kopuły jak wystrzał.
– Ale oni zestrzelili te rakiety. Ocalili Szczecin, ocalili Warszawę. Złamali pętlę. A to oznacza tylko jedno: David Deutsch i Hugh Everett mieli rację. Żyjemy w kwantowym wieloświecie.
Andrzej zmarszczył brwi, wpatrując się w białą kreskę na tablicy.
– Interpretacja wielu światów… – powiedział powoli były pilot.
– Dokładnie. Czasoprzestrzeń to nie pojedyncza autostrada, ale nieskończenie rozgałęziające się drzewo prawdopodobieństw w przestrzeni Hilberta. Każde zdarzenie, każdy rozpad atomu, każda decyzja polityka tworzy nową gałąź. Wszystkie te światy istnieją naraz, w bezczasowym “teraz”. Ich napęd, ta potworna emisja gamma i fala grawitacyjna, którą zarejestrowało Virgo i LIGO… oni nie cofnęli taśmy filmowej, Andrzej. Bo taśmy nie ma. Oni użyli potwornej energii, by zdemontować lokalną metrykę i przeskoczyć z jednej gałęzi na drugą. Wbili się klinem w naszą linię czasu.
Profesor podszedł do Andrzeja, oparł dłonie na oparciu fotela i pochylił się w jego stronę. Jego głos opadł niemal do szeptu.
– I to prowadzi do najbardziej ponurego wniosku, jaki fizyk może wyciągnąć z tej całej hecy. Pytasz, czy są w tym samym miejscu, w którym był ich świat. Otóż: nie są.
Andrzej poczuł, jak po karku przebiega mu lodowaty dreszcz.
– Ich świat… – zaczął “Dzik”.
– Ich świat spłonął, pułkowniku. Siedem miliardów ludzi wymarło w męczarniach od choroby popromiennej. Warszawa została starta w proch w styczniu trzydziestego szóstego. A potem, po czterystu latach klonowania i tułaczki, obcy obrócili w popiół ich Eden. I wiesz co, Andrzej? Ten ich świat nadal tam jest. W swojej własnej odnodze rzeczywistości. Cierpi i umiera dokładnie tak, jak opisała to admirał Kościuszko na forum ONZ. Oni go nie uratowali. Prawa fizyki kwantowej na to nie pozwalają. Przeszłości nie da się nadpisać.
W pokoju kontrolnym słychać było tylko cichy szum wentylatorów chłodzących macierze dyskowe teleskopu. Andrzej zacisnął dłonie na kolanach. Prawda docierała do niego z brutalną, chirurgiczną precyzją, z jaką kiedyś analizował trajektorie wrogich pocisków.
– Więc to nie jest żadna misja ratunkowa – powiedział chłodno Andrzej. – Nie przylecieli cofnąć własnej tragedii.
– Nie – przytaknął Draszkiewicz, prostując się powoli. – Przylecieli uciekinierzy. Trzy gigantyczne okręty pełne klonów i maszyn, które zostawiły za sobą wypalony cmentarz. Przyszli do naszego domu, bo ich własny przestał istnieć. I patrzą na nas jak na dzikich lokatorów, którzy mają czelność palić ognisko na parkiecie w salonie, który oni postanowili zająć.
– Niemniej – wtrącił Andrzej – to nadal ważne. Inaczej będziemy patrzeć, na ludzi, którzy pamiętają to co mówią, a inaczej na obcych, którzy wmawiają nam bzdury.
– W istocie – profesor zastanowił się chwilę – ale pamiętaj, znów to powtórzę, że oni uczą naszych ludzi ich nauki.
– Profesorze, a jaką mamy pewność, że nie uczą nas bzdur. Ja zapytam inaczej. Obca cywilizacja, po co miałaby tu przylatywać, i w ten sposób pozyskiwać nasze zaufanie. Szukam celu – Dzik patrzył na Draszkiewicza ostrym wzrokiem
– Czemu mnie pytasz? W filmach i literaturze, miałeś pewnie ogrom pomysłów, po co istoty z innych planet, mogą nas napaść.
– Tak, ale to wydają się bzdury. – Andrzej założył nogę na nogę.
– Tak, pomyślmy – profesor z nową werwą zaczął mówić – Po wodę? Bez sensu, łatwiej pobrać z pierścieni saturna. Po minerały? W pasie asteroid masz wszystko. Nie musisz marnować sił i środków na walkę z istotami zamieszkującymi jakiś świat. Planeta z dużą zawartością tlenu i wody? Jeśli, w ich świecie, były choć minimalne różnice, co do zawartości tlenu i innych, to by już padli. Żeby tu żyć, musieli by przejść identyczna istorię jak my, a to raczej niemożliwe. Moim zdaniem to ludzie, no ale załóżmy na chwilę, że nie.
Draszkiewicz odstawił kubek na blat i popatrzył na Andrzeja z powagą, która sprawiła, że pułkownik poczuł znajomy ucisk w żołądku.
Informacją, Andrzej. Jedyną rzeczą, której nie da się wysadzić z asteroidy ani zsyntetyzować w reaktorze, jest informacja biologiczna. Kod genetyczny przetestowany przez cztery miliardy lat bezwzględnej walki o przetrwanie.
– Sugeruje Pan, że przylecieli po nasze DNA? – Andrzej parsknął suchym, nieco wymuszonym śmiechem. – Brzmi jak tandetne opowieści o porywaniu krów i szarych ludzikach z amerykańskich tabloidów z lat pięćdziesiątych.
– Owszem, popkultura zrobiła z tego jarmark – przytaknął profesor, ale w jego głosie nie było cienia rozbawienia. – Ale czytałeś kiedyś poważniejsze analizy tego mitu? Tę całą hipotezę o “szarakach” jako biorobotach? Przez dekady traktowano to jak bełkot nawiedzonych ufolodów, ale z punktu widzenia inżynierii biologicznej to miało przerażająco spójny sens. Wyobraź sobie cywilizację, która osiąga absolutny szczyt inżynierii genetycznej. Zaczynają poprawiać naturę. Wycinają wady, agresję, podatność na choroby, wprowadzają klonowanie, projektują optymalne ciała pod konkretne zadania. Z czasem naturalna reprodukcja zanika, bo jest zbyt chaotyczna, nieefektywna, zbyt brudna.
Profesor podszedł do tablicy i narysował pojedynczy okrąg, wewnątrz którego postawił kropkę.
– Tworzą idealną monokulturę. Sterylną, zoptymalizowaną, posłuszną. Jak banany Cavendish albo modyfikowana pszenica na naszych polach. A potem… przychodzi załamanie. Zjawisko depresji wsobnej na skalę planetarną, kumulacja drobnych błędów replikacyjnych, których nie da się już odkręcić, albo zupełnie nowy, zmutowany patogen. Jeśli klonujesz powielane formy przez stulecia, kod w końcu zaczyna przypominać zdartą taśmę. Tracisz zmienność. A brak zmienności w biologii oznacza jedno: wyrok śmierci. I nagle cała twoja kosmiczna potęga, te pancerniki długie na kilometr i działa cząsteczkowe, stają się bezużyteczne, bo twoja rasa po prostu wymiera od środka.
Andrzej zmarszczył brwi. Przed oczami stanęła mu twarz Evy Kościuszko wyświetlona w relacji z ONZ, a także to dziwne nagranie z Rotterdamu, gdzie zaatakowana przez bojowników kobieta w szarym mundurze stała z otwartymi ustami, porażona, bezradna, jak lalka pozbawiona instynktu przetrwania.
– Co wtedy robisz?- zapytał cicho “Dzik”.
– Szukasz rezerwuaru – odparł z naciskiem Draszkiewicz. -Szukasz pierwotnego, dzikiego lasu genetycznego. Tak jak my jeździmy w Andy po prymitywne odmiany dzikiego ziemniaka, żeby zaszczepić ich odporność w naszych wymierających uprawach. Przylatujesz na planetę, na której żyje osiem miliardów niesformatowanych, chaotycznych, pełnych wad, ale biologicznie żywych istot. Potrzebujesz świeżej krwi, Andrzej. Nowych alleli, nienaruszonych szlaków metabolicznych, zdolności do intuicji, a nawet… do kontrolowanej agresji, którą sami u siebie dawno temu wygasili.
Draszkiewicz oparł się o krawędź biurka, wbijając wzrok w byłego pilota.
– I to prowadzi do dwóch równie niepokojących scenariuszy. Pierwszy: mówią prawdę. Są ludźmi z dwudziestego piątego wieku, którzy w wyniku wojny atomowej i katastrofy na Edenie znaleźli się na skraju biologicznej zagłady i wrócili do jedynego momentu w historii, kiedy ten rezerwuar był jeszcze pełny.
– A drugi scenariusz? – Andrzej poczuł, jak po plecach spływa mu chłód.
– Że to wcale nie są nasi potomkowie. Że to obca forma życia albo ich syntetyczne biomechaniczne twory, które założyły mundur z biało-czerwoną szachownicą i przybrały twarze naszych bohaterów narodowych tylko po to, żebyśmy nie zorientowali się, czym naprawdę jesteśmy w tym układzie.
– Czyli czym?
– Uprawą – wycedził cicho profesor. – Bankiem genów. Zauważ: jeśli potrzebujesz nieuszkodzonego rezerwuaru biologicznego, to wojna nuklearna w 2035 roku jest dla ciebie absolutną katastrofą. Opad promieniotwórczy zniszczyłby DNA milionów ludzi, skaziłby to, po co tu przyleciałeś. Musieli powstrzymać te rakiety. Nie z litości, Andrzej. Z czystego pragmatyzmu hodowcy, który gasi pożar we własnej stajni.No, ale ja jednak uważam, że to ludzie. – Dodał z uśmiechem na końcu.
