opowiadania

Część 5 – przybyli i zakończyli

Li przez iluminator śledził start i lot rakiet balistycznych. Akurat zrządzeniem losu znajdowali się nad miejscem, skąd nastąpił atak. Chwilkę dosłownie temu, na nocnej stronie zobaczyli to co miało niszczyć miasta i życie. Ale to było dziesięć sekund temu, teraz obraz zasłaniał mu kolos. Był czarniejszy niż czerń kosmosu, długi na kilometr, szeroki na kilkadziesiąt metrów, przysłaniał znaczną część widoku. Li z niedowierzaniem patrzył jak zaklęty, niemożliwa do zrozumienia bryła, geometryczny koszmar, ostre krawędzie, płaszczyzny pod różnymi kątami, gdzieniegdzie wystające wieże, niczym zamkowe, z obu stron długie płaszczyzny miesiące się purpurowym światłem. 

Wagn i Mei Li oraz Li Hua patrzyli jak zaklęci, Wang spojrzał na radar, nic. Dalmierz laserowy wskazał odległość, dwa kilometry, i się oddala. – Czekajcie, – Wang liczył w głowie, to ma kilometr długości, i – liczył dalej – jakieś sto pięćdziesiąt metrów średnicy. 

– Patrzcie – Mei Li wskazała palcem na fragment statku.

W promieniach słońca zobaczyli okrąg, w środku czerwony, potem biały a na obrzeżach niebieski, i napis, HMS LONDON.

Okręt oddalał się bardzo szybko, opadał w kierunku ziemi, po chwili zobaczyli kolejne dwa takie kolosy i jak policzyli sześć o połowę mniejszych, troszkę innej budowy, bardziej pękate, od strony przodu, a tak orientowali kierunek w którym się okręty poruszały, rozwarty niczym kwiat róży, ale tym co je łączyło z gigantami to płaskie, świecące panele.

Gdy pojazdy oddaliły się już znacznie, zaczęły się rozpraszać, Poruszały się względem stacji bardzo szybko, ich sylwetki malały, wtem, błysnęły z nich długie języki błękitnego światła. Najpierw w kierunku lecących rakiet balistycznych, potem zaczęły siać pożogę, w miejsca, skąd te rakiety wystartowały. Nawet z orbity widzieli na powierzchni ziemi eksplozje, przypominające atomowe.

– Oni chyba właśnie kończą wojnę – powiedział Wang.

Giganty zaczęły wchodzenie w górne warstwy atmosfery, gdy stracili je z widoku.

– Nie ma łączności – powiedział chłodno Li Chua. – Próbowałem się połączyć z ziemią, może się uda przy następnym okrążeniu. Sprawdź to Wang.

Wang podpłynął do konsoli – nic nie mogę zrobić, nie mam kontroli.

– Jesteśmy sojusznikami, nie bójcie się, już wkrótce koniec. Pilnuję was. – usłyszeli z głośnika, i równocześnie usłyszeli sygnał radaru.

– Po lewej – Krzyknęła Mei.

Rzucili się do okien po przeciwnej stronie i dostrzegli taki sam pojazd, jak te nagrane przez ziemskich pilotów. długość autobusu, bulwiasty z dwóch stron, a z kolejnych, szeroki jak płaszczka. Z obu stron te same świecące panele, tylko odpowiednio mniejsze.

– Nie ma żadnych silników – zauważył Li. – Jak on się porusza?

– Te duże też nie miały, to musi być napęd.

***

Wszystko się skończyło, zanim się naprawdę zaczęło. Irena „Jastrząb” Kościuszko patrzyła na swój wyświetlacz taktyczny, czując absurdalną mieszankę ulgi i rozczarowania. Była myśliwcem bez wrogów, wojownikiem bez bitwy. Nie nawiązali walki, nie odpalili ani jednej rakiety. Nie musieli. Czerwone ikony oznaczające wrogie pociski po prostu znikały z ekranu, jedna po drugiej, jak zdmuchnięte świeczki.

Obok jej F-35 zmaterializował się jeden z „gości” – bulwiasty, organiczny kształt z purpurowymi panelami. W jej słuchawkach znów rozbrzmiał ten sam, nieludzko spokojny głos. –Możecie wracać. Zagrożenie minęło. Wkrótce wszystko wytłumaczymy.

Jednak z centrum dowodzenia płynął inny komunikat. Głos Andrzeja, choć napięty, był stanowczy: „Kontynuować patrol zgodnie z planem misji”. Kompletny chaos. Czyj rozkaz miała wykonać? Swojego dowódcy czy głosu z kosmosu, który właśnie w pojedynkę wygrał wojnę?

Na razie trzymała się procedur.

Lecieli na wschód, a eter wypełniał się strzępami raportów, które malowały obraz rzezi. To już nie była walka. AWACS meldował o całych rosyjskich dywizjach pancernych, których sygnatury cieplne znikały w ułamku sekundy. Słyszała przez moment otwarty, rosyjski kanał -krzyki, panikę, a potem nagłą ciszę. To była dezinformacja? Gigantyczny cyberatak? Nie, to było coś gorszego. To była dominacja tak absolutna, że aż nieludzka. Jakby pięciolatek próbował walczyć wręcz z niedźwiedziem.

Dolecieli do granicy litewsko-łotewskiej, gdy Irena pierwsza to zauważyła. Coś, co nie pasowało do niczego.

-Tu Jastrząb, widzicie to? Na godzinie pierwszej, nisko nad horyzontem. Spojrzała tam, gdzie wskazywały jej oczy, a nie sensory. Radar milczał. Jej pasywny system EOTS, zdolny wykryć start zapałki z pięćdziesięciu kilometrów, pokazywał pustkę. A jednak coś tam było.

-Widzę, Jastrząb – potwierdził jej skrzydłowy, a w jego głosie słychać było nabożny lęk. – Ale też brak jakichkolwiek danych. Wygląda jak… krawędź chmury burzowej.

Ale to nie była chmura. To była idealnie prosta, czarna linia na tle horyzontu. Sztuczna. Gdy zbliżyli się na kilkanaście kilometrów, Irena zrozumiała. To nie była linia. To była krawędź czegoś niewyobrażalnie wielkiego. Krystaliczna, nieregularna struktura, czarniejsza niż noc, która zdawała się wisieć w powietrzu. Sztuczna góra, która nie powinna istnieć.

I wtedy znów usłyszeli ten głos, tym razem brzmiący jakby z dumą. –To, co widzicie, to ORP „Warsaw”. Jeden z trzech  flagowych strażników tego świata. Ten będzie strzegł tej części Europy.

ORP. Okręt Rzeczypospolitej Polskiej. Irenie zakręciło się w głowie. Ten kosmiczny monolit, ta niemożliwa technologia, nosiła oznaczenie jej własnej armii. Pod nimi, na ziemi, rozciągała się linia ognia i dymu, wyznaczająca granicę, której rosyjskie wojska już nigdy nie przekroczą. Płonęło wszystko, co było związane z inwazją. Precyzyjnie. Bezlitośnie.

Głos odezwał się po raz ostatni, tym razem tonem nieznoszącym sprzeciwu. Był to rozkaz, który unieważniał wszystkie inne.

– Wracajcie do bazy. Wasza wojna się skończyła.

– Potwierdzam, wracajcie – usłyszeli dowódcę – tym razem, wracajcie do Radomia, Ja już jestem w drodze.

– Potwierdzam.

Rozkaz był ostateczny, niepodważalny. Irena „Jastrząb” Kościuszko przełamała formację patrolową wkrótce po minięciu granicy Litwy  i skierowała swojego F-35 na południe. Cisza w kokpicie była niemal ogłuszająca, przerywana jedynie monotonnym szumem systemów. Jeszcze godzinę temu w tym samym kokpicie panował chaos alarmów i adrenalina walki. Teraz, po spotkaniu ze sztuczną górą noszącą imię jej stolicy, czuła się jak pasażer we własnej maszynie.

Pod skrzydłami przesuwała się Kraina Tysiąca Jezior. Poranne słońce wydobywało się zza horyzontu, a jego pierwsze promienie zamieniały mazurskie jeziora w rozrzucone na szmaragdowym suknie lasów srebrne oczy, spoglądające w niebo. Widziała lśniącą taflę Śniardw, a potem Mamry, połączone pajęczyną kanałów i rzek. Z tej wysokości świat wyglądał niewinnie i spokojnie, jakby nic nie wiedział o atomowej apokalipsie, która ominęła go o włos. Każde odbicie słońca w wodzie było jak cichy hołd dla życia, które miało trwać.

Dalej na południe, krajobraz łagodniał, przechodząc w regularną szachownicę pól centralnej Polski, poprzecinaną ciemnymi plamami lasów. Wkrótce na horyzoncie pojawiła się ona – Wisła. Srebrna wstęga, wijąca się leniwie w stronę północy, odwieczna i niezmienna. Minęła ją na wschód od Warszawy, widząc w oddali majaczącą na horyzoncie sylwetkę miasta. Stolica, która miałaby być, być może celem, stała nietknięta, skąpana w porannej mgle. Irena poczuła dziwne ukłucie w sercu. Miliony ludzi budziły się właśnie do nowego dnia, nieświadomi, że zawdzięczają go niemożliwej technologii i okrętowi noszącemu imię ich miasta.

Za Wisłą krajobraz stał się jej bliższy, bardziej znajomy. Mijała znajome z lotów treningowych miasteczka i wioski. W końcu na wyświetlaczu pojawiły się dane podejścia do lotniska w Radomiu. Baza, która jeszcze kilka godzin temu była jednym z nerwowych centrów obrony, teraz witała ją spokojem.

Zniżyła lot, a potęga F-35 zamieniła się w grację. Wysunęła podwozie z głuchym stukiem, czując, jak maszyna łapie opór powietrza. Pasy startowe, hangary, sylwetki ludzi na płycie lotniska – wszystko było takie normalne, takie przyziemne. Koła dotknęły betonu z ledwie wyczuwalnym szarpnięciem. Wyłączyła główny silnik, a ryk ustąpił miejsca cichemu syczeniu systemów chłodzących.

Gdy otworzyła owiewkę kokpitu, uderzył ją zapach. Zapach mokrego po porannej mgle asfaltu, rozgrzanego metalu i paliwa lotniczego. Zapach domu. Ale wiedziała, że ani ten dom, ani ona sama, już nigdy nie będą takie same.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *