opowiadania

Część 4 – cios, nie taki ostateczny

Liu, Wang i Mei Li patrzyli w zdumieniu na obrazy z ziemskich teleskopów. Doniesienia z ziemi były jednoznaczne, samoloty nieznanego pochodzenia zaatakowały siły rosyjskie, w tej chwili Rosja praktycznie, w powietrzu nie istniała. Oni obserwowali zbliżające się punkty. Punkty te zaczynały zwalniać, i ewidentnie leciały od strony tej gigantycznej konstrukcji, która pojawiła się nagle w przestrzeni międzyplanetarnej. Odległość od ziemi około czterdzieści milionów kilometrów.

– Co to jest? Atakują tylko rosjan. to chyba, nie globalna inwazja?

Wang coś liczył na kartce, i sprawdzał z komputerem, –  prędkość około trzy miliony kilometrów na godzinę – powiedział nagle –  Jeśli dobrze liczę, to chamują z prędkością 1g. i będą tu za około dwanaście godzin. co powinniśmy zrobić? To jest jakaś technika science fiction.

– Nic nie robimy, dowództwo zgodziło się, postąpić zgodnie z prośbą w komunikacie. Mamy znów podłączyć moduł AXIOMa.

– Powiedz coś o komunikacie – poprosiła Mei Li.

– To tajne, ale chyba już jesteśmy poza zasięgiem jakichkolwiek ziemskich protokołów – odparł powoli Li Hua, wpatrując się w ekran, jakby nie dowierzał słowom, które sam czytał. – Kilka godzin temu niemal identyczna wiadomość dotarła do dowództwa w Pekinie oraz Korei północnej i naszych sojuszników. Została wysłana na kanale, który… teoretycznie nie istnieje. Jest szyfrowany kwantowo. Tego nie da się złamać naszą technologią..

Mei Li i Wang nachylili się bliżej.

– Co w niej było? – zapytał Wang.

Kapitan Li Hua przełknął ślinę. Spojrzał na nich, a w jego oczach widać było mieszankę strachu i podziwu.

– Zaczynała się od słów: „Nie jesteśmy waszymi wrogami.”. Dalej wyjaśniali, że przybywają aby zapobiec niemal całkowitej zagładzie ludzkości. .. – Li Hua zrobił pauzę, szukając odpowiednich słów. – Potem podali dowód. Informację, której nikt, absolutnie nikt spoza najwyższych kręgów na Kremlu nie mógł znać.

– Jaki dowód? – szepnęła Mei Li.

Li Hua odwrócił ekran w ich stronę. Tekst był krótki i przerażająco konkretny.

„Do wszystkich sił zbrojnych planety Ziemia. Jesteśmy niezależną siłą zbrojną, która do tej pory pozostawała w cieniu. Wasz globalny konflikt zagraża stabilności całego Układu Słonecznego i zmusił nas do interwencji.

Posiadamy pełny wgląd w wasze systemy dowodzenia. Wiemy, że w ciągu 72 godzin dowództwo Federacji Rosyjskiej autoryzuje protokół Ostateczny Argument, którego celem będą Warszawa i Ramstein. Nie dopuścimy do tego. Agresor zostanie zneutralizowany.

Każda próba wrogiej interwencji wobec naszych sił spotka się z natychmiastową i ostateczną odpowiedzią. Wszystkim pozostałym stronom konfliktu nakazujemy wstrzymanie działań ofensywnych i oczekiwanie na dalsze instrukcje. Wasza wojna właśnie się kończy..”

Na pokładzie Tiangong II zapadła absolutna cisza, przerywana jedynie cichym szumem systemów podtrzymywania życia. Wang opadł na fotel, wpatrując się w ekran z szeroko otwartymi oczami.

– Boże… – powiedział cicho. – Oni grożą.

I właśnie dlatego – dokończył kapitan Li Hua, wyłączając ekran – nikt na Ziemi nie odważy się do nich strzelić.

– Nie mielibyśmy czym do nich strzelić.

***

Prezydent Wasyl Pawlow patrzył zza swojego biura na obecnych w pokoju generałów.

– Wy, moi paradni generałowie... Zapewnialiście, że NATO pozwoli na zabranie tego, co nasze! Że te tchórze będą się bać bronić Litwy, Łotwy i Estonii! – krzyknął na nich, podnosząc się z fotela. Uderzył pięścią w blat biurka tak mocno, że podskoczyła szklanka z wodą. – A co osiągnęliśmy?! Kompromitację!

– Panie prezydencie, walki trwają na całej linii frontu… – zaczął generał Woronow, ale Pawłow uciął mu brutalnie.

– Zamknij się! Nie chcę słuchać twoich bajek! Fakty! Co już osiągnęliśmy?!

Woronow zbladł. – W Estonii podchodzimy do miasta Jonvi na północy i Kimalaso na południu. Na Litwie dokonaliśmy wyłomu i doszliśmy do Jaszun. Czekamy na obiecaną pomoc z Chin. Wojska rakietowe atakują nieustannie bazy NATO w rejonie, aby uniemożliwić ich kontratak. Ale…

– Ale co, Woronow?! Co?! – warknął Pawłow, podchodząc do niego o krok. – Że wasze plany były warte tyle, co papier toaletowy? Że jesteście bandą niekompetentnych darmozjadów? Mów!

– Od wczoraj, coś niszczy nasze rakiety, a nasze samoloty przegrywają z zachodnimi.

Pawłow odwrócił swoje zimne spojrzenie na drugiego generała. – Jakie straty? Iwanow?

Iwanow, dowódca sił powietrznych i kosmicznych, wyglądem przypominający wieprza, przełknął głośno ślinę. Wyglądał, jakby miał zaraz dostać zawału. 

– Mów, Iwanow. I niech to nie będzie kwik, tylko raport – syknął prezydent. – Ile maszyn stracili moi komedianci w mundurach?

 – Panie prezydencie, zestrzeliliśmy ogółem dwanaście samolotów F-16, osiemsamolotów Eurofighter, i kilka F-35, do tego śmigłowce, zatopiliśmy na bałtyku kilka statków, w tym jeden AEGIS. 

– A nasze straty? – kontynuował stary agent FSB, który zastąpił Putina, pomagając mu wcześniej odejść z tego świata. 

Iwanow rozejrzał się po towarzyszach, szukając daremnie wsparcia. Ich twarze były równie blade jak jego. – Panie prezydencie, to nie są pewne informacje, przegrupowujemy siły powietrzne na zachód. Trwa chaos informacyjny…

Mów! – głos Pawłowa był jak trzask łamanego lodu.

Generał Iwanow wziął drżący oddech. Pocił się tak obficie, że jego mundur przykleił mu się do pleców. – Panie prezydencie, zgodnie z ostatnim meldunkiem… Siły uderzeniowe Floty Bałtyckiej w Królewcu… przestały istnieć. Lotnictwo frontowe w Białorusi zostało całkowicie zneutralizowane.

Pawłow nie drgnął. Czekał. Cisza w pokoju była gęsta i ciężka.

– Liczby, Iwanow – powiedział cicho, co było znacznie gorsze niż jego krzyk. – Chcę liczb. Ile samolotów straciliśmy w ciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin? Ile z tych waszych cudownych Su-57, które miały zmieść F-35 z nieba?

Iwanow zamknął oczy na ułamek sekundy. Wiedział, że ten raport to jego wyrok. – Potwierdzone straty to ponad sto dwadzieścia myśliwców i pięćdziesiąt bombowców. Cała eskadra Su-57 z bazy w Lidzie… zniknęła z radarów. Systemy S-400 i S-500 w obwodzie kaliningradzkim zostały zniszczone w ciągu pierwszych godziny. Nie wiemy jak. Po prostu… przestały odpowiadać.

Pawłow milczał przez długą chwilę, wpatrując się w generała z absolutną pogardą. A potem, niemal szeptem, wypowiedział jedno słowo, które było gorsze niż jakakolwiek obelga.

– Duraki…

Odwrócił się do nich plecami i podszedł do okna, za którym rozciągał się widok na Kreml. – Czy przegraliśmy zanim wojna się naprawdę zaczęła? – Odwrócił się znowu, spojrzał na ich przerażone twarze, tylko jeden z generałów, siedział jak z kamienną twarzą, gotowy stawić czoła przeznaczeniu. Ich oczy się spotkały.

– Mów Gromow.

– Wiemy czym nie odpowiedzą, wiemy czym ta zachodnia chołota nie odpowie, wiemy, kiedy podkólą ogony i czmychna niczym spłoszone zające. Wiemy to Panie prezydencie. – Twarz Gromowa była spokojna, mówił to bez emocji, niczym robot.

Tym razem Pawłow przełknął ślinę, czy był na to gotów? – Co proponujesz? – Cała obecna na spotkaniu świta zastygła.

– Sugeruję uderzenie na Kraków, Szczecin, Kijów i bazę w Ramstein. Cztery, taktyczne głowice, jasny sygnał dla zachodu, że koniec żartów. Albo my wygramy albo przegra cały świat.

Grobowe miny zastąpiły wcześniejszy strach u generalicji, jeden tylko generał Pietrow zemdlał i z hukiem spadł z twardego krzesła.

– Musimy być gotowi na wszystko, przygotować siły jądrowe, to ataku wstępnego i przygotować nasze całe siły strategiczne.

 Powiedziawszy to prezydent Nowego Związku Radzieckiego wyszedł z pokoju. stanął na pięknie zdobionym tarasie i spojrzał na Moskwę. Przez chwilę się zastanawiał, czy to jeden z ostatnich razów gdy widzi ją tak piękną ale było za późno na wycofanie. Wiedział, że nie może popełnić błędów Putina, który tylko groził a ledwie zajął fragment Ukrainy. On już zawłaszczył Białoruś, i wschodnie republiki, ba, nawet Gruzję. To miał być wyczyn historyczny, odzyskać to czym był Związek Radziecki i pójść dalej.

***

Irena odpoczywała, o dziwo pomimo ostatnich intensywnych dni działań wojennych nie była tak zmęczona, jak się spodziewała. dziś był dzień bez lotów, latali inni a jej maszyna przechodziła szybki przegląd.

Samoloty przeciwnika znikały, pociski znikały, w tej chwili walka zmieniła się zupełnie, ich zadaniem było wspomaganie działań lądowych, a nieznani gości, zapewnili absolutne panowanie w powietrzu. Nie udało się z nimi nawiązać żadnej komunikacji jak do tej pory, tylko poszczególni piloci informowali, podobnie jak ona sama, że informują, iż zapewnią eskortę, i że są sojusznikami. Te szachownice na burtach były ciut inne niż współczesne, brzegi nie były czarno białe, tylko niebieskie. Oficjalnie mówiono, że to tajna amerykańska broń z takim oznaczeniem dla niepoznaki ale Irena i inni wysokiego szczebla żołnierze już wiedzieli, że to coś przybyło z otchłani kosmosu.

Dźwięk telefonu był tak nagły, że prawie wylała kawę.

Numer zastrzeżony, spojrzała na ekran – słucham?

– Czy rozmawiam z Ireną Kościuszko? – głos wydał jej się znajomy.

– Taaaak – odpowiedziała przeciągle – przy telefonie, słucham.

– Z tej strony admirał Eva Kościuszko.

Chwila ciszy z obu stron.

– Nie kojarzę, abym słyszała o Pani – powiedziała powoli, a nogi automatycznie się wyprostowały, sama nie wiedziała czemu, ale serce biło jej mocniej, stała opierając się o stolik kawowy.

– Powiem wprost, proszę zareagować normalnie, jestem Pani pra pra pra i jeszcze kilka pra prawnuczką.

Gdyby świat był normalny, to by powiedziała, bez jaj, i się rozłączyła, ale nie był.

Zanim coś zdołała z siebie wykrztusić usłyszała – Dobra ta kawa?

Zaczęła się rozglądać gorączkowo – zobacz na godzinie trzeciej, kąt 60 stopni.

Irena zobaczyła tam jeden z tych obiektów, wisiał w powietrzu zwrócony dziobem w jej stronę. – Od jak dawna mnie obserwujesz? – Kim jesteś? – Kim jesteście?

– Niedługo wszyscy się dowiedzą, na razie wiedz, że jesteś bezpieczna, jutro będzie po wszystkim.

– Po czym wszystkim? Po wojnie? Po czym? – Zupełnie nie wiedziała co ma mówić, świat wirował na około z przyspieszeniem chyba 10g. Opadła bez sił na kawiarniany fotel, rozmówczyni się rozłączyła.

Szybko wybrała numer do Andrzeja, o takich rzeczach mówi się najpierw przełożonemu, potem to idzie dalej. W wojsku łatwo jest podejmować decyzje bo wynikają z procedur, regulaminów, nie musiała myśleć co robić. Słońce wspinało się po nieboskłonie, zaraz południe, – późna ta kawa – pomyślała ot tak, bez powodu.

– Co tam? – Usłyszała głos Andrzeja.

– Rozmawiałem z nimi. – Powiedziała twardo przez zaciśnięte zęby, niby cicho, żeby nikt nie słyszał na około.

– Z ruskimi?

– Co? Nieee, z N I M I! – powiedziała tak, jakby wiedziała, że szef czytał w myślach.

– O kurwa, jak?

– Oni chyba sa nami, z przyszłości. – Opowiedziała mu całą rozmowę, że jest obserwowana, i że jutro ma być po wszystkim, mówiła o śmiesznym akcencie, prawnuczki, tak już to przyjęła i tak o niej myślała. Dziwne, nie ma męża, ba partnera a ma pra pra pra wnuczkę. – Pojebane – pomyślała.

– Wracaj do bazy – na koniec rzucił krótko przyjaciel i dowódca w jednym.

Jej stary Outlander stał zaparkowany niedaleko, wbiła gaz do podłogi i ruszyła. Ulice Jarosławca o tej porze były dość puste, ludzie w pracy, ulica bałtycka pusta niczym pas startowy. Gnała, minęła patrol, ale oni wiedzieli kto jedzie samochodem, tylko zasalutowali. Wiedzieli, bo kilka miesięcy temu, po mocniejszej imprezie trochę zaszaleli, i policja koniecznie chciała ich sprawdzić, nie udało się. Młodszy aspirant Janicki, do dziś pamięta szczękę w drutach po kopniaku Ireny. No cóż, mógł nie fikać.

Słońce wisiało już wysoko, a jej świat został wywrócony do góry nogami. Pra pra prawnuczka? Jutro po wszystkim? Przypomniałą sobie słowa Evy, to obietnica czy groźba? Ściskała szorstką kierownicę tak mocno, że zaczęły ją boleć palce. Skręciła w drogę gruntową prowadzącą do jednostki i dojechała do betonowej rampy ukrytej pod siatką maskującą. W bazie panował wyraźnie wzmożony ruch, nawet jak na warunki wojenne. Dojechała do dużego hangaru, w którym były zlokalizowane stanowiska serwisowe.

Podeszła do swojej maszyny, technicy zamykali właśnie otwarte wcześniej klapy dostępowe do podzespołów, skończyli wymieniać silnik. Jeszcze poza kadłubem leżał emiter wysokoenergetycznego lasera.

– Chodź ze mną – usłyszała za plecami głos podpułkownika.

Irena podniosła wzrok. Za nią stał podułkownik Andrzej „Dzik” Nowak. Jego twarz, zwykle przyjazna, teraz była jakby ściągnięta niewidocznym bólem. Szybkim ruchem palca wskazał drzwi na tyłach hangaru, omijając głośne stanowiska serwisowe.

-Teraz – rzucił krótko, a w jego głosie nie było miejsca na sprzeciw ani zbędne dyplomacje.

Szli przez metalowe korytarze, w których panował gorączkowy, ale stłumiony ruch. Technicy i piloci, zamiast przygotowywać maszyny, nerwowo wpatrywali się w monitory. Panika była już w powietrzu, ale tłumiona dyscypliną.

Weszli do małego, wyłożonego blachą pomieszczenia, będącego tymczasowym centrum dowodzenia. W środku panował gęsty, duszny klimat. Nie z klimatyzacji -z napięcia i dymu. Przy długim, metalowym stole, pod neonowym światłem jarzeniówki, siedziało lub stało kilkanaście osób. Byli to oficerowie wywiadu, systemów, łączności i logistyki. Wszyscy w polowych mundurach, z pomiętymi kołnierzami i oczami podkrążonymi od bezsenności. Smród spoconych ciał i tanich papierosów (niektórzy palili wbrew regulaminowi) był niemal namacalny.

Pułkownik Nowak, zmęczony, ale twardy, skinął Irenie, by usiadła na wolnym krześle.

– Jastrząb, usiądź – powiedział Nowak. -Właśnie dostaliśmy potwierdzenie. Rosja sięga po ostatni argument. I to szybciej, niż zakładaliśmy.

Irena wciągnęła do płuc gryzący dym. Poczuła, jak jej serce zaczyna bić w nierównym tempie – to nie był już tylko chaos wojny, to była realność Armagedonu, o tym mówiła prawnuczka z przyszłości? Postarała się, by jej głos był opanowany.. – Jaki czas, pułkowniku?

– W każdej chwili. Pawłow, a raczej Generał Gromow, który przejął faktyczne dowodzenie, skrócił czas. Chcą nas zdekapitować zanim NATO zareaguje. Cel: Kraków, Szczecin, Kijów i Ramstein. Andrzej odetchnął głęboko, jakby zbierał siły do najtrudniejszej części meldunku.

-Ale to nie koniec dziwactw. 

Na głównym ekranie, obok mapy i naniesionych punktów z radaru, widniał obraz z teleskopów. Nieruchomy, gigantyczny obiekt.

-Ten kolos wisi tam jak nieruchomy gargulec. Nadal go widzimy.

Jeden z oficerów systemów, starszy kapitan z siwiejącym wąsem, wskazał na inny ekran.

– Te obiekty, które widzieliśmy w locie na ziemię, trzy duże jednostki i tuzin mniejszych. Poruszały się z niewiarygodną prędkością w kierunku Ziemi. Miały tu być już teraz według wyliczeń. Ich trajektorie wyliczono z dokładnością do minuty.

– I? -zapytała Irena.

– I rozpłynęły się, kapitanie.

Irena zmusiła się do udawania zaskoczenia. – Jak to: rozpłynęły się?

– Zniknęły z teleskopów w jednej chwili. W połowie drogi do Ziemi – wyjaśnił jeden z poruczników. 

Pułkownik Nowak spojrzał na Irenę, a w jego oczach widać było mieszankę strachu i prośby o sens.

– To wszystko, Jastrząb zmierza do tego, co powiedziała ci w rozmowie, jak to określiłaś daleka prawnuczka. NATO wydało rozkaz: Alert Pełnej Gotowości. THEAD, Patrioty, wszystko gotowe, AEGIS w gotowości, wy wyposażeni w lasery ciągły dyżur, tym da się zestrzelić nawet hiperdźwiękowe. Ale wnuczka mówi Ci, że jutro będzie po wszystkim. Co ona wie? Co ona zrobi?

Wszystko było jedną wielką niewiadomą, Irena wzruszyła głową i ramionami. Dym tytoniowy i stęchłe powietrze z bunkra były tak gęste, że czuła ich smak w ustach. Przyjęła do wiadomości rozkaz: czekać. Czekać na wojnę atomową.

-Idź do maszyny, Jastrząb -powiedział Andrzej, -Bądź w kokpicie, na pasie. Reszta to procedury, na które nie mamy wpływu.

Irena skierowała się do hangaru. Wsunęła rękawice i hełm, który z automatu podał jej technik. Wskoczyła do kokpitu F-35, czując pod palcami chłód i znajomą twardość paneli sterowania. Silniki były wyłączone, gotowe do startu alarmowego. W oddali, wzdłuż DOL-u, stały inne maszyny: F-16, a także niemieckie Eurofightery. Wszyscy czekali w tej samej, paraliżującej ciszy.

Nagle wszystko się skończyło.

Nie w sensie końca wojny, ale końca oczekiwania. Przeraźliwy, wysoki ton syreny alarmowej, który zawiadomił o zmasowanym ataku rakietowym na Litwę i Łotwę, teraz zabrzmiał z inną, groźniejszą intensywnością. Był to Alarm Kategoria I, oznaczający bezpośrednie zagrożenie strategiczne.

W głośnikach i słuchawkach kasków huknął głos Nowaka  – Start alarmowy! – , całkowicie pozbawiony opanowania. – Rakiety balistyczne! START ZATWIERDZONY!

Na wyświetlaczu HUD Ireny, który włączył się automatycznie, pojawiły się cztery twarde, czerwone markery oznaczające rakiety balistyczne, kilkadziesiąt mniejszych, i kilkaset jeszcze mniejszych. Ich trajektorie były nieubłagane. Szczecin. Gdzieś tam, inne jednostki widziały rakiety zmierzające do Krakowa, i do bazy Ramstein w Niemczech. Ruscy puścili wszystko na jedna kartę, Sarmat, iskander, drony. Piekło.

Irena, mimo narastającej paniki, wcisnęła przycisk zasilania silników i uruchomiła APU. Wytwornica tlenu zasyczała. – Nawet jeśli użyjemy laserów, nie damy rady przechwycić wszystkich rakiet – pomyślała. Maszyna szybko nabrała prędkości i opuściła pas startowy, trwał start awaryjny, samoloty jeden po drugim wznosiły się w powietrze. Spojrzała w prawo, wymienili ze skrzydłowym spojrzenia. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *