***
Klucz efów trzydziestych piątych przecinał przestrzeń, ich wyłączone radary zastępowało obrazowanie z AWACSa będącego daleko z tyłu, ich czujniki pasywne wykrywały i rejestrowały wszystko to, czego radar nie zobaczy. Widzieli, gdzie są pracujące radary wroga, trzymali się do ostatniej chwili na obrzeżach ich zasięgu, lecieli niezauważeni.
Irena, prowadząca pierwszą parę, czuła pulsowanie w skroniach. Obok niej, w drugim F-35, leciał jej skrzydłowy, młody, ale już zaprawiony w bojach porucznik Marek Kowalski. Za nimi, w odległości kilku kilometrów, podążała druga para: kapitan Piotr Nowak i jego skrzydłowy, chorąży Aneta Wójcik. Ciemność nocy była ich sprzymierzeńcem, a powłoka stealth ich maszyn czyniła ich niemal duchami w eterze.
Na wyświetlaczach HUD Ireny migotały ciche, pasywne odczyty. Obwód kaliningradzki rozpościerał się pod nimi niczym czarna plama, z rzadka rozświetlana przez światła miast i pojedyncze punkty radarów, które natychmiast były oznaczane jako potencjalne cele. Misja była jasna: infiltracja, zwiad sensoryczny i precyzyjne wskazanie celów dla rakiet dalekiego zasięgu, które miały zostać wystrzelone z bezpiecznej odległości przez sojusznicze F-16 i systemy HIMARS. Dopiero potem, jeśli wróg zbliży się na tyle, by zagrozić ich pozycji, mieli wejść do walki.
- Jastrząb do Sokoła - głos Ireny był spokojny, choć pod spodem czaiło się napięcie. - Widzę aktywny radar w sektorze Alpha-3. Potwierdź.
- Sokół potwierdza, Jastrząb. Silna emisja. Wygląda na system S-400 - odpowiedział Marek, jego głos był równie opanowany. - Przesyłam dane do łańcucha dowodzenia.
W tym samym czasie, Piotr Nowak, prowadzący drugą parę, wskazywał kolejne punkty.
- Żmija do Kobry - powiedział, zwracając się do Anety. - Wykryłem zgrupowanie mobilnych wyrzutni rakietowych na południowy wschód od Bałtijska. Koordynaty 2-7-0-P-4. Przesyłam.
- Kobra potwierdza. Dane w drodze - odparła Aneta, jej palce zręcznie przesuwały się po panelu.
Nagle, na HUDzie Ireny pojawił się nowy symbol - niewielki, szybko poruszający się punkt.
- Jastrząb do wszystkich - głos Ireny stał się ostrzejszy. - Mamy kontakt. Dwa Migi-31, kierunek 0-9-0, prędkość Mach 3. Zbliżają się. Wykryli nas.
- Cholera - mruknął Marek. - Myślałem, że będziemy mieli więcej czasu.
- Żmija do Jastrzębia - odezwał się Piotr. - Widzę ich. Przygotowujemy się do przechwycenia.
- Negatywnie, Żmijo - rozkazała Irena. - Priorytet to cele naziemne. One są nasze. Niech sojusznicy zajmą się rakietami. My ich zatrzymamy.
Migi-31, potężne myśliwce przechwytujące, zbliżały się z zawrotną prędkością. Rosyjskie radary, dotąd ostrożne, teraz rozbłysły z pełną mocą, próbując namierzyć niewidzialne F-35.
- Jastrząb do Wieży - Irena wcisnęła przycisk radiostacji. - Cele naziemne wskazane. Potwierdźcie odpalenie rakiet. My wchodzimy w kontakt z wrogiem powietrznym.
- Wieża do Jastrzębia. Rakiety w drodze. Powodzenia, Jastrzębiu.
Irena poczuła przypływ adrenaliny. To było to. To, do czego trenowała.
- Sokół, Żmija, Kobra - jej głos rozbrzmiał w słuchawkach. - Formacja ofensywna. Pamiętajcie o laserze. Czas na zabawę.
F-35, dotąd ciche i niewidzialne, teraz zaczęły manewrować, przygotowując się do walki. Na ich pokładach czekały rakiety powietrze-powietrze, a w maszynie Ireny - nowa, śmiercionośna broń. Rosjanie zbliżali się, nieświadomi, że wpadają w pułapkę, gdzie czekały na nich nie tylko klasyczne pociski, ale i technologia, której jeszcze nie widzieli. Bitwa o niebo nad Kaliningradem właśnie się rozpoczynała.
***
Przez chwilę widzieli tylko oślepiający blask, ekrany ochronne wystawione na działanie ekstremalnego promieniowania lśniły zorzą niczym z piekła rodem.
W ułamku sekund ich ciała, silne, wytrenowane, wojskowe, osłabły, jakby przebiegli trzy maratony. Żaden człowiek nigdy czegoś takiego nie zrobił, czy się uda, było wątpliwe, ale zaryzykowali. Chyba się udało.
Mostek skoczni FTL “Przeznaczenie” oświetlony był teraz słabym, czerwono pomarańczowym światłem awaryjnym. Trwał restart wszelkich systemów, główne reaktory jeszcze się nie obudziły po skoku czasoprzestrzennym. Załoga powoli otwierała oczy, nanoroboty w ich organizmach rozpoczęły prace naprawcze ich organizmów. Kombinezony wtłoczyły w ich ciała związki odzywcze i lekarstwa.
- Gdzie jesteśmy? - Zapytała admirał - i kiedy?
Czerwone światła awaryjne zgasły, zastąpione przez sterylne, ciepłe oświetlenie mostka dowodzenia. Przez kilka sekund panowała cisza, w której słychać było jedynie cichy szum systemów podtrzymywania życia i nerwowe stukanie palców o konsole. Admirał Eva Kościuszko siedziała pośrodku pomieszczenia, opierając się lekko o krawędź fotela. Ból w każdym mięśniu był niczym kotwica, która brutalnie ściągała jej umysł z powrotem do rzeczywistości ale czuła się coraz lepiej. Środki przeciwbólowe zaczęły działać, zdjęła kask, podobnie jak reszta mostka. Jej głos był ochrypły, ale stanowczy. Rozkazy były automatyzmem, który trzymał chaos na dystans.
- Wszystkie systemy w zielonej strefie Pani admirał - odpowiedział oficer dyżurny. - Mikropęknięcia kadłuba tranzytowego stabilne. Reaktory pracują na trzydziestu procentach mocy. Jesteśmy cali.
- To nie jest status, na którym mi zależy - odparła Kościuszko, nie odrywając wzroku od pustego jeszcze stołu. - Komandorze Tanaka. Gdzie jesteśmy? Kiedy jesteśmy?
Komandor Kenji Tanaka, szef astro metryki, już pracował. Jego palce tańczyły po panelu. Był siwym, niewzruszonym mężczyzną, który widział już koniec świata i nie robiło to na nim wrażenia. - Aktywuję główny teleskop i sensory dalekiego zasięgu. Chwileczkę...
Nad stołem zamigotał obraz i po chwili rozbłysła trójwymiarowa mapa otaczającej ich przestrzeni. Miliardy punktów świetlnych. Gwiazdy.
- Pozycja względem pulsara Vela i Mgławicy Kraba potwierdzona. Jesteśmy w Drodze Mlecznej - mruknął Tanaka, bardziej do siebie niż do admirał. - Uruchamiam procedurę triangulacji na podstawie ruchu własnego najbliższych gwiazd. Proszę spojrzeć.
Hologram powiększył się, pokazując lokalne sąsiedztwo Słońca. Kilka gwiazd, oznaczonych na czerwono, pulsowało.
- Nasze sensory rejestrują pozycję Proximy Centauri, Gwiazdy Barnarda i Syriusza. Komputer porównuje ich obecne położenie z naszą bazą danych z roku... dwa tysiące czterysta pięćdziesiątego. Różnica jest znaczna. Inicjuję chrono regresję.
Na oczach załogi czerwone punkty oznaczające pobliskie gwiazdy zaczęły się cofać, przesuwać po mapie, jakby film puszczony od tyłu. Po kilkunastu sekundach zatrzymały się, idealnie pokrywając z pozycjami zarejestrowanymi przez sensory.
Tanaka uniósł wzrok znad konsoli. - Wstępna estymacja, oparta na astrometrii, plasuje nas w... - zawahał się na ułamek sekundy. - W końcówce pierwszej połowie dwudziestego pierwszego wieku. Błąd pomiaru: plus minus trzydzieści lat. Jesteśmy w domu, admirał. W odpowiednim stuleciu.
Przez mostek przeszedł cichy szmer ulgi. Trafili. Nie wylądowali w erze dinozaurów ani w martwej pustce dalekiej przyszłości.
Ale Kosciuszko wiedziała, że to za mało. Trzydzieści lat to wieczność. - Porucznik Sharma - zwróciła się do młodej oficer operacyjnej. - Sondy. Chcę precyzji co do jednego dnia.
Na głównym ekranie widokowym pojawił się obraz Ziemi, widzianej z odległości stu milionów kilometrów. Była małym, idealnie błękitnym klejnotem na tle czerni. Żadnych śladów pożogi. Kościuszko patrzyła na nią, a jej serce biło nierównym rytmem. To dla tej wizji zaryzykowali wszystko.
- Odbieramy ziemskie sygnały - oficer łączności Jian Li odwrócił się do kapitan - jesteśmy o czasie, proszę spojrzeć. - Na ekranach wyświetlono dane - rok 2035, właśnie zaczęła się trzecia wojna światowa.
- Pierwszy atak jądrowy za cztery dni, przynajmniej według tego co wiemy z historii - wtrąciła Sharma
- O ile to nasza linia czasowa, ale tak to wygląda - Li, czytał dane dalej - komputer, pełna analiza po dostępnych danych
- Tak, mamy 2035 rok, trzynasty października, Rosja zaatakowała kraje zwane bałtyckimi trzynaście godzin temu. Trwa wojna w powietrzu i na lądzie. Wojska NATO według danych historycznych nieługo przejmą całkowita kontrolę w powietrzu, a cztery dni później rosjanie wystrzelą pierwsze taktyczne ładunki jądrowe, za tydzień świat jaki znają przestanie istnieć.
- Przybyliśmy w ostatniej chwili! - krzyknęła admirał - natychmiast niech startują drony, pełne przyspieszenie, zaraz po tym, pełna gotowość, za pięć godzin, pancerniki Rome, Warsaw i London mają startować, w asyście korwet. nie mamy czasu. Holowniki, na miejsca, obróćmy stacje, tak aby odbijała jak najwięcej światła w kierunku ziemi, niech nas zobaczą.
Stacja skokowa FTL “Przeznaczenie” była kolosem, ośmiokątny kadłub długości ośmiu kilometrów, z obu stron zwieńczony dyskami emisyjnymi o średnicy trzech kilometrów. Wyglądające jak połączenie anten, paneli słonecznych i centryfug generatorów tunelu czasoprzestrzennego.
Do kadłuba, wzdłuż całej długości na około zadokowane były statki kosmiczne, samodzielnie nie potrafiące wykonywać lotów międzygwiezdnych, a będące trzonem uderzeniowym V Armii ziemskiej. Sił obronnych ziemi, będących już historią.
***
Trzy godziny snu, dwie kawy, szybki posiłek, odprawa i znów na niebie. Nikt nie przewidywał tej intensywności, na pewno nie Rosjanie. Irena namierzyła wrogiego drona, sto kilowatowy laser w jednej chwili zniszczył maszynę, w tej samej chwili jej radar widział wiele celów, wystrzeliła salwę z rakiet, a inne cele wskazała dla nośników na tyłach, polskie F16 i niemieckie Eurofightery wywalczyły całkowita dominację w dwa dni nad całym obwodem Kaliningradzkim i wschodnią Polską.. Wojska Pancerne odparły rosyjski atak, wspierane z powietrza zatrzymały wschodni marsz po nowy mir. Nagle, na ekranach pojawiła się chmura. Cele wykryte przez AWACS zbliżały się, chmura rakiet, jak usłyszała w słuchawkach, Iskandery, Cyrkony, i nowsze, hipersoniczne nośniki zniszczenia szybko zbliżały się od strony białorusi, i zza granicy Estoni.
- Czas do przechwycenia? - zapytała Irena
- Jastrząb, twoje cele na wyświetlaczu - w tym samym momencie dostała informacje ze sztabu na ekran, szybka zmiana kursu, ma jeszcze dwie rakiety. Andrzej ma trzy.
- Sokół, osłaniasz mnie, rakiety do samoobrony, laserem spróbuję strącić jak najwięcej.
Na niebie zaczęła widzieć wybuchy, to patrioty dosięgły pierwszych celów, ale tylu nie dadzą rady.
- Odległość 50 km, warunki powietrza idealne. Namierzam - krzyknęła, laser trafił, raz, drugi trzeci, każdy z celów w musiał być w strumieniu przez kilka sekund, kolejne rakiety niszczone. - Walić to, za wolno!
- Odpalam rakiety, póki mogę! - Krzyknął skrzydłowy Piotr “Sokół” Wróblewski.
Jeden z AIM 120 trafił iskandera, jednak inne już były za daleko, szybko, z prędkością hiperdźwiękową oddalały się od nich.
- Andrzej, lecą w waszą stronę! - powiedziała Kapitan, część z rakiet ewidentnie kierowała się wzdłuż wybrzeża do bazy lotniczej.
- Widzimy, zaraz będzie OPL działał, leci też inna para w tamtą stronę.
Bała się o przyjaciela, goniła pociski wiedząc, że już nie zdąży, pojawiły się chmury, ograniczając zasięg lasera, dała radę zestrzelić jeszcze dwie rakiety, piętnaście innych zmierzało do celu.
Pierwsza trafiła z dala od bazy, w środek Elbląga, reszta kontynuowała lot.
Patrzyła na ekran radaru, odległość od bazy 10 km, 5, 2…
- Andrzej! co u was, daj status.
- Cele zniszczone, poczekaj - usłyszała zdziwiony głos przełożonego. - wracaj do bazy.
- Jak je zniszczyliście? Już przekroczyły granicę strefy - dopytywała.
- Nie wiem, analizujemy sytuację.
Nagle, na ułamek chwili zobaczyła na detektorze podczerwieni dwa słabe sygnały. Odległość, 2km, prędkość - Co? - osiem tysięcy kilometrów na godzinę, w jednej chwili zwolniły do tysiąca. i straciła je z ekranu.
- Sokół?
- Spójrz w lewo - powiedział skrzydłowy powoli, głosem łamiącym się.
Spojrzała - będziemy was eskortować - usłyszała w słuchawce.
Kilka metrów od jej maszyny leciało coś, co można by nazwać połączeniem wyglądu delfina długonosa z płaszczką. Obiekt długi na piętnaście metrów, z tył i z przodu zwieńczony płaskimi panelami, które dawały purpurową poświatę, brak okien, a na boku widoczny symbol, biało czerwona szachownica.
- Kim jesteście? - brak odzewu
Byli eskortowani do samego lotniska, później obiekty wystrzeliły w górę i skierowały się na wschód.
Po wylądowaniu na polecenie przełożonego wszyscy piloci udali się do sali odpraw.
Podpułkownik Andrzej “Dzik” Nowak, niegdyś pilot miga dwudziestego dziewiątego a dziś dowódca piątego skrzydła wojsk myśliwskich stał przed mikrofonem, mając za plecami ekran obrazowania taktycznego.
Na sali panowała spora wrzawa, na rozkaz aby zamilkli, żołnierska wyszkolenie wzięło górę nad emocjami.
- Posłuchajcie, będę z wami szczery - “Dzik” zaczął przemowę - nie rozumiemy co się stało. Wszyscy w NATO, mamy już potwierdzenie, od stopnia podpułkownika wzwyż dostali wszelkimi kanałami, od smsów po wiadomości z komunikatorów internetowych w tej samej prawie chwili wiadomość, od nieznanego nadawcy - szmer przeszedł po sali - o treści, czytam. “Nie lękajcie się, nie reagujcie, przybywamy z pomocą”. Dwa dni temu, Ośrodki naukowe na świecie odebrały sygnał fali grawitacyjnej, a zorza polarna, którą wtedy widzieliśmy nie była pochodzenia słonecznego. - znów szmer na sali - to zauważono, sto milionów kilometrów od ziemi - Andrzej wskazał na ekran, na którym pojawiły się obrazy z kilku teleskopów.
- Analiza widma - kontynuował - pokazuje, że to obiekt sztuczny, Krzywa blasku lekko się zmienia, obiekt zdaje się rotować, ma nieregularny kształt, długość niecałe dziesięć kilometrów, JWT widzi silne źródło promieniowania cieplnego. Tu widzicie obraz z ELT, to jest obiekt sztuczny. Zakładamy, iż to co nas obroniło, i eskortowało wszystkich z was pochodzi stamtąd.
Piotr “Sokół” Wróblewski podniósł rękę.
- Słucham, żołnierzu.
- Obiekt który nas eskortował miał naszą szachownicę.
- Wiem żołnierzu.

0 Komentarzy