Felieton: Inwazja w popkulturze
Wstęp
Uwielbiam wprost motyw inwazji kosmitów, zarówno w powieściach jak i w kinie. Sam temat, konfrontacji z czymś w teorii niezwyciężonym, absolutnym, skrajnie obcym. Od dawna planuję napisać coś sensownego, staram się znaleźć powód napaści, środki ataku, metody obrony, i...
... to mi się cały czas nie klei.
W słowie pisanym czy sztuce filmowej widzimy różne pomysły, na taką sytuację. Spróbuję podzielić je, wedle kategorii:
- Kategoria I: Inwazja "na poważnie"
- Kategoria II: Inwazja "lajtowa"
Różnica to podejście do tematu, czy jest to powieść czy tez kino poważniejsze, starające się nieść jakieś przesłanie, czy też głębszą emocję, w Kategorii I czy też absolutna rozrywka, gdzie do oglądania najlepiej wyłączyć część mózgu - w kategorri II 😉
Inny podział, jaki można zastosować to na powód inwazji i chyba to będzie najlepsze do analizy. Czy powody w powieściach, mają odrobinę sensu.
Co więcej, opisze tylko te filmy, czy powieści które lubię, naprawdę, i w nich poszukam, sensu (bezskutecznie).
Aha, i UWAGA - SPILERY!
Powód 1: surowce
Jako powód do inwazji, często mamy motyw, że obca cywilizacja przylatuje do nas by pozyskać ziemskie surowce. W dwóch filmach, z których pierwszemu daję kategorię I - Niepamięć (2013) - Filmweb oraz z moja kategorią II Bitwa o Los Angeles (2011) - Filmweb obcy przylatują po wodę. Tak, kradną z ziemi wodę!
W Niepamięci mamy wieloletnią okupację, i wykorzystanie ludzkich klonów przez obcych. W Bitwie o LA mamy rozpoczynającą się inwazję. Jaki w tym sens? I jak mówię, lubię obie produkcje, Niepamięć nawet bardzo. Otóż żadnego nie ma to sensu, wodór jest najpowszechniejszym pierwiastkiem we wszechświecie, a wodę łatwiej wydobyć z komet, czy choćby księżyców Jowisza i Saturna (Ba, jego pierścienie to w większości lód).
Jaki sens tracić energię na wojnę, i zasoby gdy możemy mieć wodę za darmo?
Oczywiście, w serii AVATAR, to my, ludzie jesteśmy kosmitami dokonującymi inwazji, i tam już jest coś po co lecimy czyli nadprzewodnik, wysoko temperaturowy, a znając naszą ludzka agresywną naturę, to chyba najlepszy scenariuszowo motyw inwazji.
Powód 2: nowa przestrzeń życiowa
Tu się będzie działo. Cały pomysł na felieton, i załączone na końcu opowiadanie, które powstało około 20 lat temu jest związane z filmem z 2005 roku: Wojna światów (2005) - Filmweb . Pomijając absurdalny pomysł, że obcy czekali miliony lat na inwazję, zakupując wielkie trójnogi głęboko pod ziemią, bardzo lubię ten film, pomimo głupotek w nim zawartych. Jest świetna akcja, mega emocje, i ogólnie całość ale do tego dzieła wrócimy na końcu. Inna produkcja w temacie? Dzień Niepodległości (1996) - Filmweb oczywiście. Tu twarde kino rozrywkowe, bez potrzeby analizy tegoż, a nawet niezalecane. Obcy gatunek, klasyczny drapieżnik, który po prostu musi podbijać obce światy, i niszczyć na nich życie, a po to, aby czerpać energię z jąder planet. No głupota absolutna, jądra planet to nie reaktory, i są też na planetach, niezamieszkanych, gdzie nie trzeba toczyć wojen.
Z obecnych hitów książkowo filmowych, gorąco polecam Problem Trzech Ciał. (Problem trzech ciał (Serial TV 2024- ) - Filmweb, Problem trzech ciał - Cixin Liu | Książka w Lubimyczytac.pl - Opinie, oceny, ceny) i kontynuację. Obca rasa zamieszkuje świat, z trzema słońcami. Ich światem jest najbliższy nam układ Centaura, gwiazdy: Alfa Centauri A i B tworzą układ podwójny, oraz Proxima Centaura - czerwony karzeł. Obcy żyją w świecie, gdzie przez eony gdy układ lokalny gwiazd jest w dobrym układzie warunki na ich planecie są odpowiednie, cywilizacja Trisolrian rozwija się, ale przychodzą okresu totalnego zniszczenia, Gdy bliskość gwiazd powoduje zmiany grawitacji, temperatur lub wszystkiego na raz. Cywilizacja ich wiec to się rozwija, to częściowo zostaje zniszczona. Organizmy obcych jednak są tak zbudowane, iż na czas zniszczenia, mogą wejść w coś jak hibernację, i przetrwać. Książka jest bardzo dobrze napisana, choć trudnym językiem, wersja netflixa, podobała mi się chyba bardziej, z uwagi na bardziej międzynarodowy charakter. A co z sensem i logiką? Po pierwsze, z jakiegoś powodu, obcy potrafią manipulować wymiarami 0 znają więcej niż cztery - ale ich statki nie przekraczają w większości 10% prędkości światła. Chcą podbić ziemię, i mieć tu nowy dom, pytanie tylko, czemu akurat ziemskie warunki były by dla nich odpowiednie? Czemu nie Tytan, czy możliwość terra formacji Marsa? Ale ok, czepiam się, cała seria jest świetna a pewne uproszczenia są niezbędne.
Powód 3: Brak powodu
Znacie to: Żołnierze kosmosu (1997) - Filmweb ? Kocham ten film, serio, raz w roku musi być oglądany.
A ten klasyk: Plazma (1988) - Filmweb ? Albo Projekt: Monster (2008) - Filmweb. Co łączy te produkcje? Otóż brak klasycznej inwazji, ot, zrządzeniem losu na ziemię trafiają istoty nie w sposób celowy, a losowy i sieją zniszczenie. Wszyscy Pamiętamy (a jak nie to przypominam) historię marsjańskiego meteorytu ALH-77005 w którym znaleziono formacje, przypominające skamieniałości ziemskich bakterii. Potwierdzenia nie ma, ale taki przypadek można sobie wyobrazić, że wraz z jakimś ciałem niebieskim trafia na ziemię organizm, dla którego warunki tutejsze są idealne, do rozwoju, i tenże zaczyna się panoszyć. W Żołnierzach kosmosu, insekty wyrzucają ze swojej planety zarodniki w meteorach, aby rozprzestrzeniać się po wszechświecie. W Blobie, galaretowany organizm pożera wszelkie napotkane życie biąłkowe. W Cloverfield, w meteorycie trafia na ziemie potwór ala Gozilla.
W temacie tego typu inwazji, nieplanowanej wprost, nie celowanej w ziemię, polecam serial Jedyna (Serial TV 2025- ) - Filmweb. Nie spojluję, bo rzecz świeża cały czas. Kapitalny, niestandardowy pomysł inwazji, której pod pewnymi względami, można by nawet przyklasnąć;)
Tego typu filmów i książek jest sporo, i pomijając wymysły scenarzystów czy pisarzy, wydają się najbardziej prawdopodobne.
W końcu Pasożyty i wirusy nie chcą naszych miast. Chcą naszych komórek a wielkie robaki nie chcą Twojego złota. One po prostu chcą rozprzestrzenić swoje zarodniki. To nie jest wojna ideologiczna, to po prostu walka o miejsce w łańcuchu pokarmowym.
Powód 4: inne
Fantazja jest ludzi ogromna, ekologiczny przykład inwazji, i chęci unicestwienia ludzkości mamy w Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia (2008) - Filmweb. Na ziemię przybywa kosmita, w postaci ludzkiej, i dla jakiegoś szerszego gremium galaktycznego, ma zweryfikować, czy ludzi należy anihilować, gdyż niszczą planetę czy nie. Film bardzo lubię, i przekocham scenę w której Keanu Reevs a raczej grany przez niego Klaatu spotyka Johna Cleesa, fizyka, i rozmawiają o wartości ludzkości (The Day The Earth Stood Still - It's only on the brink that people find the will to change). Wydaje się, że dla tak rozwinietej cywilizacji jak gatunek głównego bohatera, anihilacja całej ludzkości to jest jednak przesada, i mogli by bez problemu ludziom normalnie, może ciut siłowo wytłuścić, żeby się ogarnęli;)
Teraz zupełnie inny przykład, właściwie nie inwazja a zniszczenie ziemi, bo przecież, pechowo leży układ słoneczny na trasie planowanej drogi międzygwiezdnej 😉 Autostopem przez galaktykę (2005) - Filmweb Absolutny odjazd;)
Mamy też koncept, który doczekał się w kręgach około płasko ziemskich teorii spiskowej, mianowicie tego, że rządzą światem Reptilianie. Kosmiczne jaszczury, przebrane za ludzi. W kinie mieliśmy kilka filmów i seriali, gdzie kosmicie, czy to ukryci, czy też widoczni wprost przejęli panowanie nad naszym gatunkiem. Ukryci bywają na wiele sposób, od przebrania (jak Reptilianie), albo jak w Oni żyją (1988) - Filmweb, gdzie bohater odkrywa, że światem rządzą kosmici, a widać ich dopiero przy pomocy specjalnych okularów. Często się jednak nie ukrywają, a przybywając udają przyjaciół jak w Ziemia: Ostatnie starcie (Serial TV 1997-2002) - Filmweb czy V: Goście (Serial TV 2009-2011) - Filmweb.
Mój absurdalny pomysł i Wojna światów
I teraz, wrócę do filmu z Tomem Cruzem, który jest spiritus movens tego wpisu. Pamiętam jak po seansie w kinie zacząłem produkcję analizować, i doszedłem do paru konkluzji, które w sumie odnoszą się do masy produkcji SF.
Pola siłowe Tripodów, idzie taki, stąpa po ziemi, czyli od dołu nie ma pola siłowego, polem tym nie burza tez budynków przechodząc obok. Czyli pole reaguje tylko w określonym miejscu, oraz na określone oddziaływanie. Ponieważ Tripoda widzimy, wiemy, że światło jest przepuszczane przezeń, a więc, taki laser by go mógł trafić, ale dobra, co tam laser. Mógłby wejść na minę, a akcja z Cruzem i granatami rozwiewa wątpliwości, wewnątrz pola, można go razić. Jednak brak jakiejkolwiek obrony przed wirusami wydaję się absurdalny w tej obcej technologii, i tam po przemyśleniach, postanowiłem napisać mega króciutkie opowiadanie, jak to nasze, dzielne polskie siły zbrojne odkryły te słabe punkty, i to co później widzimy na ekranie, to efekt działań naszych zuchów;)
Zapraszam;)
Polska Wojna Światów
Franek, a właściwie Franciszek Busk, biolog, starszy sierżant wojsk chemicznych z trudnością otworzył oczy. Pracował w szpitalu na Szaserów na nocnym dyżurze dorabiając do marnej wojskowej pensji. Po godzinach Franek dodatkowo prowadził badania do pracy doktorskiej na wirusach opryszczki. Co raz częściej planował porzucić służbę w wojsku, ale jednak dawała pewne plusy, miał sporo czasu na badania, brał udział w ciekawych projektach i mógł postrzelać czasem na poligonie, co było jego ulubioną rozrywką.
No, więc padnięty otworzył oczy, gdyż z błogiego snu obudziły go grzmoty burzy. Odgłosy były
cokolwiek dziwne, wstał ze starej kanapy, której nigdy nie chciało mu się
rozkładać, wziął łyk wody i podszedł do okna. Już przez roletę widział błyski
piorunów. O dziwo wszystkie strzelały w tym samym miejscu. Podniósł roletę i
zobaczył jak nad torem wyścigów konnych uderzają jeden po drugim błękitne bicze boże z chmur zrodzone.
Mieszkał na Zaorskiego, na Służewcu, i jego okno wychodziło wprost na Puławską, wprost na teren wyścigów.
Patrzył chwilę w zdumieniu, po czym wyjmując swoją Motorolę zadzwonił na telefon kolegi,
meteorologa.
- Cześć Adaś
- No czołem Franek, co tam?
- Dziwna burza u mnie, pioruny walą wciąż w jedno miejsce, pierwszy raz coś takiego
widzę.
- No mamy doniesienia, jedzie wóz tam, ale burzy żadnej nie ma, w sensie
meteorologicznym. Te chmury zdają się być wywołane jakimiś zmianami w
jonosferze, ciężko powiedzieć. O czekaj, mamy też doniesienia z Gdańska i
Krakowa.
- Ciekawe, dobra idę spać dalej, widzimy się jutro na piwku?
- Jasne, na razie, bye!
Franek jak powiedział tak zrobił, włożył do uszu stopery i poszedł spać.
Ponieważ miał wolny dzień, obudził się, kiedy był wyspany, a nie na rozkaz parszywego
budzika. W zwyczaju miał poczytać jeszcze książkę zanim wstanie, więc zabrał
się za nową powieść science fiction pod tytułem “Splątanie”, debiut pisarski
jakiegoś informatyka, którego nieogolona twarz zdobiła tylną okładkę. Po przeczytaniu pierwszego rozdziału, skądinąd ciekawego, zjadł śniadanie, zupę mleczną. W planach miał wypad rowerowy do Kampinosu, więc włożył strój i kask oraz spakował mapy i prowiant do plecaka. Z rowerem pod pachą zszedł na dwór. Dzień był słoneczny i ciepły, idealny na aktywny
odpoczynek, jednak coś dziwnego zwróciło jego uwagę.
Przed klatką siedział Pan Janek i miał koło siebie już dwie opróżnione butelki bimbru. Zwykle o tej porze kończył dopiero pierwszą.
- Witam, Panie Janku. - Powiedział z uśmiechem. - Ma Pan dziś MOC!! - Wskazał na puste
flaszki.
- Oj, Panie, ale się działo, żeś Pan przespał akcje jak z filmów normalnie. Marsjanie
Panie, Marsjanie. Teściową mi spalili, dlatego piję, poniekąd ze smutku, poniekąd ze szczęścia - że Żona, choć ocalała.
Franek nie mógł się powstrzymać i parsknął śmiechem. Podniósł telefon, żeby sprawdzić,
która godzina i zaklął pod nosem widząc, że sprzęt nie działa.
- Cholerny sprzęt!! Następną kupię Nokię!
Wsiadł na rower, pomachał sąsiadowi-lumpowi i ruszył w trasę.
Daleko nie ujechał, bo tylko do Puławskiej, gdy usłyszał w oddali trąbienie słonia.
- O Cyrk jest w okolicy. - Pomyślał.
Podniósł głowę i zobaczył dym, kłęby czarnego dymu za Wyścigami. Dopiero teraz zauważył,
że na ulicy jest pusto, że stoją samochody, że nie słychać dźwięku silników.
Ulica mówiąc w skrócie była martwa. W oddali widać było grupy ludzi, a dym widoczny z wielu miejsc na zachód od jego pozycji wzmagał się.
- Co on mówił o Marsjanach?? - Pomyślał o sąsiedzie. - Pewnie jakiś wypadek na lotnisku.
Wskoczył z powrotem na rower i pognał w poprzek Puławskiej, dojechał do Al. Wyścigowej i skręcił w lewo. Widział już nie tylko dym, ale i płomienie. Gdy wyjechał zza zakrętu oczom jego ukazał się obraz zniszczeń, obraz tragedii. Zobaczył wielkie odciski w ziemi. Masa, która je zrobiła musiała być ogromna. Coś szło i paliło wszystko na swej drodze.
- Dzięki bogu że w taki rejon przemysłowy to trafiło!. - Powiedział na głos i zaczął jechać po śladach zniszczeń. Pierwszą ofiarą tego czegoś był urząd celny na Łączyny 8, budynek był poprzecinany jakąś niezwykłą siłą, jego znaczna część zawaliła się, a pozostała jeszcze stojąca miała wyraźną ochotę pójść w ślady już zawalonej. Następnie ślady zniszczenia wskazywały, iż ten “Marsjanin” zmierzał na północ w kierunku Rzymowskiego.
Nagle usłyszał grzmot silników odrzutowych, nad jego głową przeleciała para su-22, chwilę potem zadudniły odgłosy eksplozji. Widział w odległości około kilometra lub dwóch błysk wybuchów. Jechał na rowerze jak wariat omijając leżące na ziemi szczątki samochodów i budynków. Szturmowe Suchoje, zrobiły nawrót i znów zaatakowały, chyba wszystkim co posiadały bo kanonada trwała długo, ogień buchał widoczny w odległości zapewne kilku kilometrów a huk swą mocą ranił uszy. Dojechał na wysokość Bokserskiej i spadł z wrażenia z roweru. Kilkaset metrów od siebie ujrzał ogromną maszynę kroczącą na trzech nogach która ziała błękitnymi promieniami wokół siebie. Słyszał odgłosy broni strzeleckiej różnego kalibru i eksplozje ręcznych granatników. Przed maszyną eksplodowały co chwila pociski, jednak nie czyniły jej żadnej szkody. Zdawało się, że chroni je jakaś niewidzialna siła.
Na zachodzie widać było masywne sylwetki śmigłowców MI-24D, które pluły rakietami w kolosa, jednak mimo nawałnicy, mimo morza ognia obce stworzenie kroczyło niszcząc wszystko naokoło. Franciszek przyspieszył i skierował się ulicą postępu na północ, na wysokości skrzyżowania z ulicą Cybernetyki zauważył wóz łączności. Stary dobry BRDM-2 w wersji bez wieży. Jednak, reszta tego co zobaczył wprawiła go w osłupienie.
Obok wozu, na kolorowym leżaku siedział opasły żołnierz, w stroju mocno nie regulaminowym, tj bez koszuli, odsłaniając swój pomarszczony i owłosiony tors. Żołnierz owy, siedział i w jednej ręce trzymał puszkę z piwem a w drugiej lornetkę.
Na ziemi obok niego leżała góra od munduru. Franek podjeżdżając sprawdził stopień żołnierza.
- Szeregowy!! Powstań, imię i Nazwisko!! - Wrzasnął w stylu amerykańskim prosto w twarz uśmiechniętego misia sączącego piwo.
- A pan kto? - Odpowiedział pytaniem szeregowy.
- Kto tu dowodzi? Starszy sierżant Franciszek Busk, Wojska Chemiczne.
- Nikt, znaczy w dupie to mam. - Powiedział uśmiechając się pełną gębą. - Kosmici atakują, koniec świata więc pozwoli pan sierżant, że sobie będę dalej to oglądał?
- Zwariował pan!!
- Owszem.
Szczerość szeregowego rozbroiła Franciszka. Wszedł do pojazdu i połączył się z jednostką.
- Sierżant Busk melduje się.
- Jak wam się udało, jesteście dziś na urlopie? Zresztą nieważne, proszę jak najszybciej zameldować się na Puławskiej.
- Mam tu wóz pancerny, i zwariowanego szeregowego, co robić?
- Szukaliśmy go. W tej chwili mamy ogłoszony stan wojenny, facet zniknął z wozem, będzie osądzony. Spróbujcie go doprowadzić.
Franek zobaczył przez wizjer, że leżak opustoszał, a szeregowy rozpoczął samodzielne natarcie. Biegł w kierunku maszyny, w prawej ręce dzierżąc Beryla z którego ostrzeliwał stalową bestię a w drugiej ściskając pas z granatami.
- Idiota. - Pomyślał, po czym usiadł na miejscu kierowcy i ruszył do jednostki.
Główne drogi były puste, trwała ewakuacja, ciężarówki wojskowe, autobusy ZTM-u i inne działające pojazdy wywoziły ludzi na tymczasowe miejsca, po wschodniej stronie warszawy, a wojsko próbując skupić na sobie uwagę najeźdźców atakowało z zachodu. Dojechał do garnizonu na puławskiej dość szybko, panował tu niebywały rozgardiasz, nie przystający jednostce wojskowej. Wbiegł do biura akurat na odprawę.
- Panowie, i Panie Ursynów, Mokotów i Wilanów w znacznej mierze ewakuowane. Trwa akcja na Ochocie, i w Północnych rejonach miasta. Sytuacja na tę chwilę jest taka, że atakowani jesteśmy przez jedną maszynę w Warszawie, i po jednej w Gdańsku i Krakowie. Jest to mała ilość, zważywszy, że w Niemczech jest około 15 maszyn, a w USA są setki. Amerykanie twierdzą, że te maszyny były zakopane od milionów lat pod ziemią, a ta burza to był efekt przylotu kapsuł z pilotami. Jak na razie nie udało się im zniszczyć ani nawet uszkodzić choćby jednej maszyny. Aby nie tracić zasobów prowadzimy akcję pozorowaną, wiążąc wroga ogniem i odciągając go poza tereny gęsto zaludnione. Amerykanie prowadzą ostrzał ciągły ze wszystkiego co mają, bez efektu. Rosjanie przeprowadzili atak atomowy.
- I jaki był efekt? - Zapytał ktoś z sali.
- Na 5 maszyn będących w bezpośrednim otoczeniu jedna została całkowicie zniszczona, wraz z małym miastem. Odparowała, inne nie odniosły żadnych zniszczeń. Tylko ta bezpośrednio trafiona została zniszczona. Nie da się tak wygrać tej wojny.
Do sali wbiegł zziajany żołnierz.
- Zniszczony, rozwaliliśmy tego z Warszawy!!!!
- Jak?
Na sali podniosła się wrzawa, a ludzi zaczęli wiwatować.
Po dotarciu ze swoim oddziałem na miejsce zniszczenia kosmicznego robota, tj. z powrotem w okolice ulicy Wynalazek, Franciszek zobaczył zniszczony Urząd Skarbowy i przyległe budynki.
- A niech mnie, najpierw Urząd celny, teraz to, oni naprawdę wiedzą gdzie strzelać. - Powiedział do kapitana Szewczyka, swojego szefa.
- Bez żartów sierżancie, przystępujcie do wstępnych oględzin. Wnioski natychmiast.
Zadania? Zbadać i ocenić zagrożenie biologiczno chemiczne. Od tego był prawdziwym specem.
Kapitan był typowym koszarowo-biurowym żołnierzem. Poligon prawdopodobnie ostatni raz widział dekadę temu. Jego wielki, opasły brzuch górował nad resztą sylwetki. Mała, łysa na czubku głowa, wielkie wąsiska jak u cara Romanowa, i przyciasne spodnie dopełniały wyglądu tego kuriozum.
Obca maszyna leżała wyciągnięta wzdłuż ulicy, jej korpus rozerwany w jednym miejscu wybuchem opierał się o fasadę budynku po północnej stronie ulicy Marynarskiej. Jego wielkie “nogi” leżały bezładnie, każda wyciągnięta w inną stronę. Z powietrza wyglądało to jakby wielka mątwa urządziła sobie piknik w środku miasta.
Franek szedł wraz z dwoma innymi żołnierzami wzdłuż maszyny dokonując oględzin, pobierając próbki, fotografując i rozmyślając.
Gdy podchodzili w okolice tułowia tego monstrum Franciszek zauważył znajomego szeregowca siedzącego na masce Honkera. Wokół niego wiwatowali inni i co chwila podawali mu butelkę.
- Szeregowy!! - wrzasnął Busk - Co wy tu robicie? Jeszcze nie w pace za dezercję?
- Panie sierżancie, to on to bydle ustrzelił - powiedział jeden z żołnierzy, a inni obecni przytaknęli.
- Jak? - ze zdziwienia Franek aż przysiadł.
- No więc Panie sierżancie, biegłem i strzelałem, kule odbijały się od tego pola a potem, nagle w pewnym momencie, jak już byłem bardzo blisko, tak na wyciągnięcie ręki przestały. dotknąłem jego nogi, złapałem ją akurat w momencie gdy ją podnosił. Odbezpieczyłem jedną ręką granaty, i jak szybowałem blisko tego górnego pancerza to rzuciłem całym pasem. Doleciał powoli i było po wszystkim.
Nad przyległymi ulicami cały czas unosił się dym, opadały zwęglone płatki materii, niczym piekielny śnieg. Smród spalenizny wdzierał się do ciał każdym milimetrem skóry, powietrze piekło w oczy.
- Zaraz zaraz, przebiegliście przez to pole ochronne?
- Mam to nagrane - krzyczał biegnąc w ich stronę facet z kamerą w ręku.
Obejrzeli całą sytuację dokładnie tak jak ją opisał szeregowy.
- Kapitanie, mogę prosić? - zwrócił się do swojego szefa - trzeba jak najszybciej przekazać do Gdańska i Krakowa jak to bydle rozwalić.
- OWSIK! - wrzasnął kapitan na łącznościowca.
- Tak jest!
- Przekażcie, że opracowaliśmy sposób zniszczenia obiektów, opiszcie co tu zaszło.Nazwa kodowa metody niszczenia to....
- Na araba! - krzyknął z uśmiechem bohater tego dnia.
- Na araba - zawtórował do oficera łączności kapitan.
Następnego dnia zaczęły dochodzić sygnały o pierwszych udanych atakach. O ile w USA udało się zniszczyć dwa pojazdy to już, w Afganistanie, Iraku czy Pakistanie zniszczone zostały prawie wszystkie przez zamachowców samobójców.
Franciszek pracował jednak nad czymś o zasięgu bardziej globalnym. Miał przed sobą ciało obcego, prawie nietknięte .
Oglądał właśnie pod mikroskopem kolejną z próbek gdy jego uwagę zwróciła pewna widoczna cecha.
- Panie doktorze - zwrócił się do swojego współpracownika - proszę tu spojrzeć. Komórki są prawie takie jak u nas.
- Istotnie - doktor Kałuża podrapał się po brodzie - nie widzę, żadnych śladów przeciwciał, a sama biologia tych stworzeń wygląda, jakby nigdy nie miały do czynienia z wirusami czy też bakteriami.
- No właśnie, wie pan, że piszę pracę doktorską o wirusach opryszczki?
Spojrzeli na siebie i szeroko uśmiechnęli. Franek przyniósł ze swojej pracowni fiolkę z owym wirusem. Załadowali zawartość do strzykawki po czym wkłuli w martwe ciało kosmity.
- Szkoda, że nie mamy żywego, ale na pewną skalę i tu będzie widać jakieś efekty - powiedział profesor.
Efekty przyszły prawie natychmiast. Ciało zrobiło się białe by po chwili się rozsypać na proch.
- I o to chodzi! Trzeba wirus rozpylić i będzie po sukinsynach.
I tak się właśnie stało

0 Komentarzy